Przeciętny nastolatek nie powie już nic o Winnetou. Za to dokładnie zna wszystkie wampiry, jakie wydała na świat popkultura ostatnich dziesięciu lat.
Resort nauki chce kupić książki do bibliotek szkolnych. Wybrać mogą je sami uczniowie – wystarczy, że przygotują listę 50 pozycji, które chcieliby znaleźć w szkolnej bibliotece, a potem nagrają krótki film, którym przekonają urzędników do tego, by ci sfinansowali wymarzone przez nich wolumeny. W konkursie mogą wziąć udział wszystkie szkoły podstawowe, gimnazja i szkoły ponadgimnazjalne. W każdej z tych kategorii MEN wybierze trzech laureatów. Pomysł jest prosty. Jeśli jednak szkoły naprawdę dostaną to, czego chcieliby uczniowie, biblioteki czeka rewolucja kulturalna. Bo lista lektur ukochanych przez młodych nie ma ani jednego punktu wspólnego z tym, co kiedyś czytali ich rodzice. I co od dawna zalega na półkach.
Reklama
Wampiry i czarodzieje

Reklama
Bez czekania na wyniki konkursu MEN można powiedzieć, że młodzi najchętniej widzieliby w bibliotekach sagę o wampirach spod znaku „Zmierzchu”, o czarodzieju Harrym Potterze i „Hobbita”. Widać to po wynikach sprzedaży tych pozycji. Preferencje nastolatków potwierdziły zresztą opublikowane w listopadzie wyniki analizy czytelnictwa wśród nastolatków przeprowadzone przez Instytut Badań Edukacyjnych. Wynika z nich, że jeden na siedmiu gimnazjalistów najchętniej sięga po książki autorstwa Stephenie Meyer. Co trzynasty – J.K. Rowling, a co dwudziesty – J.R.R. Tolkiena. – W pierwszej dziesiątce ulubionych tytułów króluje fantastyka dla młodzieży – podsumowuje dr Zofia Zasacka, autorka badań. To ogromna zmiana nawet w stosunku do wyników sprzed dziesięciu lat. Kiedy młodzież pytano o preferencje czytelnicze w 2003 r., aż 39 proc. deklarowało literaturę obyczajową jako najważniejszą dla siebie. Dziś wybiera ją 10 proc. nastolatków mniej. Do lamusa odchodzą książki nie tylko ogranych autorów, jak Lucy Maud Montgomery, lecz także współczesnych – na przykład Krystyny Siesickiej, w której zaczytywało się pokolenie dzisiejszych 30-latków. Podobny los spotkał również literaturę przygodową – jeszcze dziesięć lat temu kochał ją co trzeci nastolatek. Dzisiaj – ledwie 8 proc.
– Wychowywałem się na „Winnetou”, „Panu Samochodziku” i „Przygodach Tomka Sawyera”, a mój syn nawet nie chce słyszeć o tych książkach. To dla niego straszna nuda. Teraz połyka fantastykę – mówi ojciec 14-letniego gimnazjalisty. – Czasem mam wrażenie, że kiedy rozmawiamy o książkach, mój nastolatek zupełnie mnie nie rozumie – dodaje. Podobne wrażenia miała też Izabela Koryś z Biblioteki Narodowej. – Prowadzę czasem zajęcia dla młodych ludzi. Zdarza się, że aby zilustrować jakąś zależność, odwołuję się do konkretnego przykładu z literatury. Ostatnio chciałam wyjaśnić coś na przykładzie miłości Zbyszka z Bogdańca do Jagienki i Danusi. W pewnym momencie zorientowałam się, że nikt ze słuchaczy nie rozumie, na czym polega dylemat, który chcę tym przykładem zilustrować. Brakuje nośnika. Kiedyś „Krzyżacy” byli lekturą wymuszoną przez kanon, więc byli też toposem, zawierali wzory czytelne dla wszystkich – wspomina.
Kanon wspólnych tekstów kultury istnieje już tylko teoretycznie. Tych, które narzuca podstawa programowa, jest ledwie garstka. W szkole podstawowej wymienia jedynie katalog propozycji, a w gimnazjum także kilka obowiązkowych lektur, na przykład „Zemstę” Aleksandra Fredry i wybrane bajki Ignacego Krasickiego. Podobnie jest w liceum, gdzie obowiązują: część trzecia „Dziadów” Adama Mickiewicza, „Lalka” Bolesława Prusa, „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego.
W swoich badaniach czytelnictwa IBE udowodnił, że i to nie wystarczy, bo uczniowie zamiast czytać całe książki, sięgają po streszczenia, fragmenty. Albo zaczynają lekturę i porzucają ją nieskończoną, kiedy tylko zostanie omówiona na lekcjach. Najmniejszą popularnością cieszą się książki Henryka Sienkiewicza – 43 proc. gimnazjalistów przeczytało tylko streszczenie „Potopu”. Podobny los czekał „Quo vadis” i „Krzyżaków” – co trzeci uczeń sięgnął po omówienie albo wybór fragmentów. Najchętniej gimnazjaliści czytali w całości „Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego – aż 66 proc. z nich dokończyło książkę.
– Kosztem jest rozpad wspólnego mianownika znaczeń – ocenia Izabela Koryś.
Lektury do tablicy
Kiedy w maju minister Joanna Kluzik-Rostkowska zapytała na Twitterze, jakie lektury obserwujący ją użytkownicy wyrzuciliby z kanonu, internauci wręcz posypali propozycje ograne w szkole. Do zmiany wytypowali między innymi: „Nad Niemnem”, „Cierpienia młodego Wertera” oraz „Ludzi bezdomnych”. Zamiast tego jako lektury warte wciągnięcia na ministerialną listę proponowali: „Władcę much”, „Paragraf 22”, a nawet „Grę o tron”.
W listopadzie projekt zmian w kanonie lektur wyszedł już z mediów społecznościowych i trafił do konsultacji społecznych. MEN chce przygotować gruntowne wietrzenie spisu. Pomysł dzieli ekspertów – jedni go chwalą, przekonując, że to ważna odmiana dla polskiej szkoły. Inni ganią za zbytnią lekkomyślność, argumentując, że pozycje w kanonie muszą być dobrze dobrane, bo to na nich uczniowie ćwiczą podstawowe umiejętności posługiwania się językiem polskim. A te, które nastolatki wybierają same, niekoniecznie są wartościowe. Najpopularniejsza wśród gimnazjalistów saga „Zmierzch” od początku mierzy się z negatywnymi ocenami językoznawców. Stephenie Meyer jest oskarżana choćby o to, że w swoich książkach używa bardzo ograniczonej puli słownictwa. Ostro skrytykował ją za to choćby autor kultowych thrillerów – Stephen King.
Czy warto wpuszczać takie teksty do szkoły? Badania IBE pokazują, że jeśli chcemy, by uczniowie czytali cokolwiek, raczej nie ma wyjścia. Chyba że zainwestujemy więcej pieniędzy w promocję bardziej wartościowych lektur. Raport dr Zasackiej jasno pokazuje, że uczniowie sięgają głównie po te pozycje, które są wspierane gigantycznymi budżetami reklamowymi, najlepiej jeśli – tak jak „Igrzyskom śmierci”, „Grze o tron” czy „Hobbitowi” – towarzyszy film.
Skutek? Wśród najpopularniejszych lektur dla młodzieży polskie książki są w zdecydowanej mniejszości. – Wysoką pozycją może poszczycić się tylko saga o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego. Towarzyszą jej bardzo popularna gra komputerowa i film – przypomina prof. Krzysztof Biedrzycki, lider Pracowni Języka Polskiego w IBE. – W przypadku nastolatków popularność książki to kwestia jej promocji. To ważne zadanie dla ministra kultury, Instytutu Książki. Powinny tym być zainteresowane również polskie wydawnictwa – dodaje. – Nastolatki czytają to, co jest modne wśród ich kolegów – kwituje dr Zofia Zasacka i na potwierdzenie przytacza badania, z których wynika, że nastolatki o lekturach rozmawiają przede wszystkim w swoim gronie. Połowa dyskutuje z rodzeństwem oraz kuzynami. Matka i ojciec są dopiero na trzeciej i czwartej pozycji.
Obrócić na dobre
Jak przyznaje Grażyna Walczewska-Klimczak z Pracowni Bibliotekoznawstwa Biblioteki Narodowej, po modne lektury ustawiają się w szkołach kolejki. – Podczas wizyty w jednej z bibliotek byłam świadkiem takiej sceny: do wypożyczalni wszedł chłopiec, żeby zapytać o tom przygód Harry’ego Pottera. Ponieważ biblioteka miała tylko po jednym egzemplarzu, bibliotekarka odpowiedziała mu, że musi przyjść innego dnia, bo książka wciąż jest zajęta. Tak się przejęłam, że po powrocie do domu skompletowałam wszystkie tomy sagi i wysłałam do tej biblioteki w prezencie – mówi. To popularny sposób na kompletowanie ubogich szkolnych księgozbiorów – ponieważ gminy nie dają na biblioteki pieniędzy, zatrudnieni w nich nauczyciele muszą radzić sobie sami. Dopiero po protestach nauczycieli MEN przeznaczyło w 2015 r. 15 mln zł na biblioteki.
O ile bibliotekarze zwykle wiedzą, co najchętniej czytałyby nastolatki, o tyle nauczyciele często korzystają na lekcjach po prostu ze sprawdzonych tytułów. – Oczywiście nie zawsze możemy się poddawać oczekiwaniom uczniów, ale jest tu potrzebny zdrowy rozsądek. W podstawie programowej jest napisane, że nauczyciel może uzupełniać ścisły kanon o lektury wybrane razem z uczniami – mówi prof. Biedrzycki. – Niestety, najbardziej popularna jest szmira, uczniowie to ją chcą czytać. Ale dlaczego nauczyciel nie mógłby czasem wziąć takiej szmiry i pokazać, na czym polega jej słabość? Poza tym na jej przykładzie można też ćwiczyć pewne umiejętności, choćby charakterystykę bohaterów. Najwięcej zależy pod tym względem od nauczyciela – dodaje.
Zastosowanie pokazała Georgia Scurletis, dyrektor ds. programów nauczania w serwisie Vocabulary.com. Była nauczycielka zauważyła, że w „Zmierzchu” bardzo często pojawiają się nieprawidłowo użyte słowa. Tak jak gdyby autorka bezrefleksyjnie używała słownika synonimów. Słowo „patrzy” 181 razy wymieniła na „gapi się”, 94 razy na „spogląda”, 43 razy na „rzuca piorunujące spojrzenia”, a 36 razy na „przypatruje się”. Zamiast jednak oburzać się na słabą jakość tekstu, Scurletis zaproponowała, żeby z uczniami stworzyć mapę znaczeń, zastanowić się, które są naturalne, które pasują do jakich scen, a które należałoby usunąć. Podobne ćwiczenie zaproponowała dla słowa „chichocze”, którego również nadużywa Meyer. Takie zastosowanie lektury wymaga jednak od nauczyciela wiele zaangażowania. I, przede wszystkim, znajomości książek, które czytają uczniowie. Nie ma miejsca na schemat.
Bez dorosłych nie da rady
– Przeczytałam z uczniami w klasie początek „Ostatniego życzenia”, zbioru opowiadań Andrzeja Sapkowskiego. To bardzo poetycka scena stosunku wiedźmina Geralta z kapłanką. Kiedy skończyliśmy lekturę, dzieci spojrzały na mnie pytająco. W ogóle nie zrozumiały, o co chodziło w tym opisie – wspomina polonistka z gimnazjum w południowej części Warszawy. A przecież fantastyka dla dorosłych jest jedną z chętniej wybieranych przez nastolatków lektur. – Sapkowski jest literacko wyrafinowany, więc jest szereg uczniów, którzy mają z nim ten sam problem, co z Sienkiewiczem – wyjaśnia prof. Biedrzycki. – Lepiej radzą sobie z tym uczniowie, którzy wychodzą z domów z bogatymi księgozbiorami, w których rodzice również czytają książki – przekonuje.
A to już oddzielna historia. Bo dyskusja o tym, które książki są mniej, a które bardziej pasjonujące, nie dotyczy co szóstego gimnazjalisty. W ostatniej klasie szkoły podstawowej już 5 proc. uczniów nie czyta żadnych książek. Sytuacja dramatycznie pogarsza się w gimnazjum. Na finiszu nie czyta 14 proc. Najgorzej jest wśród chłopców. W trzeciej klasie po żadną publikację nie sięga co piąty 15-latek. Wśród dziewczynek – mniej niż co dziesiąta. Czytanie książek to dopiero trzecia z wybieranych przez młodzież aktywności. Literatura przegrywa z komputerem i telewizją.
Tymczasem w co czwartym polskim domu księgozbiór rodziców liczy nie więcej niż dziesięć książek. Największe zbiory mają mieszkańcy wielkich miast. Najmniejsze – wsi i małych miasteczek. Jak pokazują liczby, to tam nastolatki czytają najmniej.