Trwa właśnie debata dotycząca tego, czy humanistyka na studiach jest koniecznością, czy zbędnym kaprysem. Gdy sama studiowałam, jeden z profesorów zapytał nas, czy przyszły inżynier, lekarz czy urzędnik powinien się uczyć obowiązkowo filozofii. W ocenie studentów kilka lat zajęć należy poświęcić na to, aby nauczyć się, jak wybudować most, który się nie zawali, wyleczyć pacjenta z choroby albo sporządzić dokument urzędowy. – Po co mi Platon, Sokrates, Kartezjusz czy Kant. Szkoda czasu – mówiła większość.

Tylko że ten inżynier buduje mosty dla ludzi. Lekarz leczy nie nogę, serce czy płuca, ale człowieka. Urzędnik tworzy przepisy, które nierzadko decydują o naszym losie. Dlatego powinni przede wszystkim umieć myśleć i rozważyć skutki podjętych przez siebie decyzji, a nie jedynie przeprowadzić wyliczenia i działać zgodnie z procedurą.

Humanistyka jest fundamentem uniwersytetu. Studia wyższe powinny zdejmować klapki z oczu, uświadamiać, wyciągać z platońskiej jaskini niewiedzy. A nie tylko dawać narzędzia do wykonywania obowiązków zawodowych. Aby potem, gdy zdarzy się tragedia, która jest efektem nieprzemyślanej decyzji lekarza czy urzędnika, nie mogli się tłumaczyć, że wszystko jest zgodne z procedurą. Tu nie chodzi o empatię, ale o świadomość podejmowanych przez siebie decyzji. Niektórzy mają ją we krwi, inni jej się nauczyli, a ci, którzy skutecznie starają się jej nie posiąść, albo nie powinni dostać przepustki do wykonywania zawodu (czyli tytułu licencjata, inżyniera, magistra), albo powinno im się to myślenie zaszczepić właśnie na studiach, np. na zajęciach filozofii czy logiki. Żeby umieli w swojej pracy wyściubić nos z przepisów i spojrzeć trochę szerzej. Tak, aby znaleźć rozwiązanie dobre dla człowieka, a nie tylko zgodne z procedurą.