Tego samego nie można powiedzieć o niektórych samorządach, bombardowanych ofertami przez firmy zaopatrujące placówki oświatowe w sprzęt i pomoce dydaktyczne. Wciskają one wójtom gotowe wnioski o dofinansowanie. Wystarczy wpisać liczbę dzieci, resztą zajmie się firma. Ale gdy listę zakupów zamiast urzędników układają dostawcy, efekty mogą być kuriozalne. W jednej z gmin każdy maluch uczęszczający do samorządowego przedszkola miał otrzymać laptop! Zgoda, mamy budować cyfrowe społeczeństwo, ale rozdawanie komputerów 3-latkom dlatego, że są na to pieniądze, to przesada. Urzędnicy mogą lepiej spożytkować fundusze, ale to wymaga wysiłku.

Trzeba przeprowadzić diagnozę potrzeb w szkołach, zrobić rozeznanie rynku, porównać ceny, przygotować przetargi. Ale niektórzy wolą iść na skróty. Na szczęście urzędnicza lekkomyślność nie jest normą. No i można z nią walczyć. Po pierwsze są unijne procedury. Lubimy na nie narzekać, ale w takich sytuacjach są przydatne, bo dzięki nim najbardziej irracjonalne projekty pisane pod dyktando dostawców nie przejdą przez selekcyjne sito. A gdyby ten mechanizm zawiódł, pozostaje zwykła społeczna kontrola. Za parę miesięcy odbędą się wybory samorządowe. Wójtowie w kampanii wyborczej będą się chwalić kwotami unijnego dofinansowania, które pozyskali dla swojej gminy. To dobra okazja, żeby przepytać ich nie tylko z tego, ile pieniędzy wydali, ale czy na pewno sensownie.