W ostatnich tygodniach wakacji dyrektorzy szkół muszą mierzyć się z gąszczem przepisów, które zostały przygotowane w związku z panującą pandemią. Czeka ich trudne zadanie, bo niektóre zalecenia są sprzeczne z poprzednimi, a inne np. ograniczają swobodę szefa placówki co do organizacji jej pracy. Dotyczy to m.in. funkcjonowania szkół w powiatach z szerszymi obostrzeniami epidemicznymi i w trybie mieszanym (częściowo zdalnie). Dyrektorzy obawiają się, że rozmywanie odpowiedzialności w praktyce sparaliżuje działalność placówek.

Można się pogubić

Rząd najpierw przedstawił wspólne wytyczne resortów edukacji narodowej i zdrowia oraz głównego inspektora sanitarnego. Dodatkowo przygotowano pięć rozporządzeń, na podstawie których te wytyczne będzie można zastosować. Na koniec wydano jeszcze zalecenia GIS dla szefów placówek oświatowych. Na podstawie tych wszystkich dokumentów szkoły muszą wydać swoje własne regulacje, które mają być uszczegółowieniem trzech wariantów nauki w roku szkolnym 2020/2021. A to nie jest łatwe, bo muszą brać pod uwagę opinie wielu stron.

Dariusz Piontkowski, minister edukacji narodowej, chce, aby wszyscy uczniowie wrócili już do stacjonarnej nauki. Ale część rodziców wciąż apeluje o ograniczenie tradycyjnej formy. Kierują petycje do MEN, aby taki tryb był stosowany tylko w klasach I–III szkół podstawowych. Wytyczne to umożliwiają – jest to wariant B (hybrydowy).

– W mojej placówce nie jestem w stanie zapewnić 1,5-metrowego dystansu między uczniami. Chciałbym od września, aby uczniowie rozpoczęli naukę w trybie mieszanym – mówi dyrektor jednej ze szkół podstawowych na warszawskiej Pradze.

Wprowadzenie trybu hybrydowego nie będzie jednak takie proste. Może być zainicjowane przez szefa placówki, ale za zgodą organu prowadzącego i po uzyskaniu wiążącej opinii sanepidu. Jeśli na terenie danej gminy nie będzie zbyt dużego zagrożenia epidemicznego, to ten ostatni zaopiniuje propozycję negatywnie. Izabela Kucharska, zastępca głównego inspektora sanitarnego podkreśliła, że wszystkie przypadki będą rozpatrywane indywidualnie. Ale zaznaczyła, że objęcie powiatu np. żółtą strefą nie będzie automatycznie oznaczało zamykania wszystkich placówek. Co więcej, nawet pojawienie się zakażenia na terenie placówki wcale nie musi oznaczać jej zamknięcia, a jedynie częściowe przejście na zdalne kształcenie.

– Przez taką dowolność będziemy mieć do czynienia z sytuacją, że w jednej szkole będzie kształcenie mieszane lub nawet zdalne, a w innej uczniowie będą się uczyć w trybie stacjonarnym, mimo że sytuacja epidemiczna w tych dwóch placówkach może być niemal identyczna – mówi Robert Kamionowski, radca prawny z kancelarii Peter Nielsen & Partners Law Office.

Zdaniem Sławomira Broniarza, prezesa Związku Nauczycielstwa Polskiego, dyrektorzy, którzy nie są w stanie zastosować się do rządowych wytycznych, powinni mieć prawo przechodzenia na kształcenie mieszane lub całkowicie zdalne.

Co istotne, w przypadku objęcia powiatu żółtą lub czerwoną strefą zalecane jest też ograniczenie liczby uczniów w klasie i przypisanie jej do jednej pracowni. To też jednak w praktyce wydaje się niemożliwe, bo uczniowie korzystają np. z sal chemicznych, informatycznych i uczęszczają na lekcje wychowania fizycznego. Zdaniem ZNP na obszarze czerwonej strefy placówki powinny być zamknięte.

– Np. w niemieckich landach, jeśli jeden uczeń lub nauczyciel zachoruje na koronawirusa, szkoła z mocy prawa jest zamykana. A u nas sytuacja będzie badana i analizowana – dodaje.

Podobnie uważają sami dyrektorzy.

– W powiecie czerwonym sanepid będzie miał pełne ręce roboty, a do tego kilkudziesięciu dyrektorów szkół naraz będzie dzwoniło z pytaniem, czy je zamykać. Dlatego postulujemy do ministra, aby ten wprowadził zasadę, że w czerwonych powiatach placówki automatycznie przechodzą na zdalne kształcenie – mówi Marek Pleśniar, dyrektor biura Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty.

System z kamerką

To niejedyne przepisy, które są mało precyzyjne. Niektóre się w praktyce wykluczają. Dla przykładu przy zdalnej nauce dyrektor szkoły powinien wprowadzić naprzemiennie kształcenie z użyciem komputera i bez niego (np. poprzez przygotowywanie prac). Tak wynika z par. 1 ust. 1 pkt 7 lit. d rozporządzenia MEN w sprawie szczególnych rozwiązań w okresie czasowego ograniczenia funkcjonowania jednostek systemu oświaty w związku z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19 (Dz.U. z 2020 r., poz. 493, ze zm.). Zdaniem szefów placówek potrzeba na to dodatkowych godzin lekcyjnych lub etatów nauczycieli. Inaczej jednak ocenia to minister Piontkowski. Jego zdaniem wystarczy, że część uczniów jest w klasie, a pozostali dzięki umieszczonej w sali kamerce przysłuchują się zajęciom w domu.

– Nie wiem, czy pan minister zdaje sobie sprawę, że lekcja trwa 45 minut, a przy nauce zdalnej takie zajęcia wynosiły maksymalnie 30 minut. Dodatkowo przecież nie mogą one trwać bez przerwy przez 6 godzin, bo to jest sprzeczne z przepisami, które sam wydał – mówi Sławomir Broniarz.

Podobnie uważają dyrektorzy.

– Uczniowie to nie są studenci, którzy mają słuchać wykładów. Musi być dyskusja, należy odpytywać uczniów. Dlatego lepszym rozwiązaniem jest rotacyjne wysłanie całych klas na zdalne nauczanie – postuluje Marek Pleśniar.

Pojawia się też pytanie, jak zatrudnieni i wynagradzani będą nauczyciele w czasie nauki zdalnej lub mieszanej. Resort tego nie określił, więc pozostaje to w gestii dyrektorów.

– Obawiamy się, że znów pracownicy oświaty będą pozbawieni godzin ponadwymiarowych – mówi Sławomir Broniarz.

Apeluje do resortu, aby również tę kwestię rozstrzygnął. Ale MEN nie planuje na razie kolejnych zmian przepisów. Choć nie wyklucza, że taka potrzeba może się pojawić w trakcie roku szkolnego.