Jak świat długi i szeroki mnóstwo naukowców zrobiło karierę dlatego, że pokłoniło się władzy. Myśli pani, że dziś tak nie jest? – mówi prof. Łukasz Turski. Zdarza się, że wielki naukowiec jest kanalią. Ale jeśli robi prawdziwą naukę, dokonuje odkryć ważnych dla ludzkości, to wiele można mu wybaczyć. Także to, że układa się z rządzącymi.
Gorzej, jeśli jest naukawą (nawet nie naukową) miernotą. Wtedy nie ma dla niego rozgrzeszenia – to wnioski, które wyciągnęłam z rozmowy z dwoma najwybitniejszymi polskimi fizykami: prof. Iwo Białynickim-Birulą i prof. Łukaszem Turskim. Nie wiem, czy oni ujęliby to w tych właśnie słowach, pewnie wybraliby bardziej polityczne, grzeczniejsze sformułowania, ale od wyciągania wniosków w tej szczególnej okoliczności jestem ja. Więc mam nadzieję, że Szanowni Profesorowie mi wybaczą.
Siedzimy w niewielkim, zagraconym pomieszczeniu – są tu książki, książki, papiery, notatki. W tej kanciapie, będącej częścią Centrum Fizyki Teoretycznej PAN, spotykam się z dwoma naukowcami. Profesor Iwo Białynicki-Birula to zawodnik wagi ciężkiej. Rocznik 1933, uczeń Leopolda Infelda, specjalista od elektrodynamiki kwantowej i teorii pola. Nie będę opisywała jego odkryć, które namieszały w fizyce, bo większości czytelników nic to nie powie (bo kto doceni np. to, że w 1966 r. udowodnił, iż Richard Feynman mylił się w swoim twierdzeniu o niezmienności amplitud przejścia względem cechowania w kwantowej teorii pola?). W masowej wyobraźni zaistniał w połowie grudnia słowami, które wypowiedział, wygłaszając laudację podczas uroczystości wręczania odznaczeń naukowcom, specjalistom od ogólnej teorii względności, w Pałacu Prezydenckim. Mówił o tym, że ideologia nie powinna wpływać na naukę, a ostatnie zakusy zastępowania teorii ewolucji kreacjonizmem oraz inne próby wtargnięć ignorantów na teren nauki wymagają zdecydowanej reakcji. Internet „grzał się” jego wystąpieniem przez wiele dni.