To, z czym mamy obecnie do czynienia w Polsce, to zupełna odwrotność. Zabudowa rozlewa się na dziesiątki kilometrów nawet od centrów niewielkich miast. Można to nazwać katastrofą planistyczną, o ile w naszym kraju w ogóle da się jeszcze mówić o planowaniu przestrzennym. Budynki stawia się wszędzie, między nimi jak grzyby po deszczu powstają uciążliwe fermy, składy śmieci czy hałaśliwe warsztaty. A potem w te rozproszone miejsca trzeba doprowadzić drogę, wodę czy nową linię energetyczną. Tłumaczenie włodarzy jest zawsze podobne – nie mamy podstaw, by nie zezwolić... Po zmianach dotyczących lokalizacji elektrowni wiatrowych okazało się, że praktycznie nie ma ich gdzie w Polsce stawiać. Bo znalezienie terenu, na którym w odległości 2 km nie stoją jakieś budynki, graniczy z cudem.

Ciągle dwie trzecie kraju nie ma planów zagospodarowania przestrzennego, a samorządy wcale nie kwapią się do ich sporządzania. Na dodatek niektóre plany obejmują bardzo małe tereny – służą doraźnemu usytuowaniu jakiejś inwestycji, a nie logicznemu ustaleniu przeznaczenia poszczególnych gruntów. Ale i tak prym wiodą tzw. warunki zabudowy, bo tak budować jest taniej i szybciej. Dzięki nim przy odrobinie zachodu inwestora i dobrej woli urzędników można stawiać obiekt jak się chce i gdzie się chce.

Warunki zabudowy mają zostać zlikwidowane, o ile konsultowany obecnie rządowy projekt kodeksu urbanistyczno-budowlanego zostanie przyjęty przez parlament. W nowelizacji jest też wiele innych rewolucyjnych wręcz regulacji. Zmiany przedstawiamy w DGP na bieżąco. A dziś pokazujemy autorom projektu co należałoby jeszcze poprawić, Nasz ekspert, od lat zajmujący się tą tematyką, przedstawia własne uwagi, propozycje i uzupełnienia. Zanim bowiem posłowie przyjmą obecny projekt kodeksu budowlanego, warto się zastanowić, by  opracowano przepisy jasne, zrozumiałe i dające samorządom realny oręż do walki z przestrzenną samowolą.

Oprócz dobrych regulacji potrzebna do tego jest zmiana mentalności urzędników. Ale jeśli o to chodzi – nie mamy dobrych wiadomości. Rozesłaliśmy pytania w sprawie kodeksu do kilkudziesięciu samorządów. Ale dostaliśmy wyjątkowo niewiele merytorycznych odpowiedzi i nieliczne tłumaczenia, że materia jest zbyt skomplikowana, że to jeszcze nie jest przyjęte prawo. Brak zainteresowania przepisami, których stosowanie to nie tylko kwestia pięknego krajobrazu, ale i wymiernych finansowo oszczędności, martwi. Czy więc nowy kodeks urbanistyczno-budowlany ma szanse uzdrowić planowanie? To wcale nie jest pewne. Planistyczne rewolucje na papierze pojawiają się co 10–12 lat. A poprawy wciąż nie widać.

Cały artykuł przeczytasz tu >>>