Gdy z okien samolotu albo tylko spoglądając w internetowe fotomapy, porównamy teren Polski z sąsiednimi Niemcami, Anglią czy którymś z krajów Europy Zachodniej, widzimy olbrzymią różnicę. Za granicą – skupione osiedla, domy na podobnej wielkości działkach, wszystko logicznie połączone siecią dróg, a zapewne także wodociągów czy kanalizacji. Również przemysł zlokalizowano w określonych miejscach. Taki ład przestrzenny ułatwia komunikację i obniża koszty funkcjonowania gminy.
To, z czym mamy obecnie do czynienia w Polsce, to zupełna odwrotność. Zabudowa rozlewa się na dziesiątki kilometrów nawet od centrów niewielkich miast. Można to nazwać katastrofą planistyczną, o ile w naszym kraju w ogóle da się jeszcze mówić o planowaniu przestrzennym. Budynki stawia się wszędzie, między nimi jak grzyby po deszczu powstają uciążliwe fermy, składy śmieci czy hałaśliwe warsztaty. A potem w te rozproszone miejsca trzeba doprowadzić drogę, wodę czy nową linię energetyczną. Tłumaczenie włodarzy jest zawsze podobne – nie mamy podstaw, by nie zezwolić... Po zmianach dotyczących lokalizacji elektrowni wiatrowych okazało się, że praktycznie nie ma ich gdzie w Polsce stawiać. Bo znalezienie terenu, na którym w odległości 2 km nie stoją jakieś budynki, graniczy z cudem.
Ciągle dwie trzecie kraju nie ma planów zagospodarowania przestrzennego, a samorządy wcale nie kwapią się do ich sporządzania. Na dodatek niektóre plany obejmują bardzo małe tereny – służą doraźnemu usytuowaniu jakiejś inwestycji, a nie logicznemu ustaleniu przeznaczenia poszczególnych gruntów. Ale i tak prym wiodą tzw. warunki zabudowy, bo tak budować jest taniej i szybciej. Dzięki nim przy odrobinie zachodu inwestora i dobrej woli urzędników można stawiać obiekt jak się chce i gdzie się chce.