Jak określić stosunki między władzami centralnymi a lokalnymi? – Przypomina to trochę kolejne stadium związku miłosnego chylącego się ku upadkowi. Najpierw były optymizm i nadzieje na zmianę, potem twarde zderzenie z rzeczywistością, wzajemne kłótnie i oskarżenia. A na koniec będzie rozwód – mówi wieloletni bezpartyjny wójt mający częsty kontakt z przedstawicielami rządu. Jego kolega po fachu dodaje: – Jak do niedawna domagaliśmy się, by rząd poświęcał nam więcej uwagi, tak teraz zaczynamy tego żałować.

Rzeczywiście, dawno lokalne władze nie były głównym bohaterem wielkiej, krajowej polityki. Pierwszym poważnym sprawdzianem był dla nich program „Rodzina 500 plus”. Gigantyczna, wymagająca akcja, w której każdy miał coś do udowodnienia. Rząd – że wypełni swoją podstawową obietnicę wyborczą. Samorządy – że są w stanie wykazać się w tak krótkim czasie. Udało się. Program ruszył bez większych wpadek, a pierwsze pieniądze w miarę sprawnie trafiły do rodzin. Wydawało się, że po tak dobrym starcie między rządem a lokalnymi władzami może już być tylko lepiej.

Narodziny wroga

Okazało się jednak inaczej, a w ciągu zaledwie kilkunastu miesięcy atmosfera stała się napięta jak nigdy wcześniej. W dużej mierze to efekt całej serii zapowiedzi zmian, jakie władzom lokalnym szykuje partia Jarosława Kaczyńskiego. A to jest równoznaczne z otwieraniem kolejnych frontów i tworzeniem wrogów. Zaczęło się od pomysłu wprowadzenia limitu dwóch kadencji dla wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Potem prezes PiS podbił stawkę, dając do zrozumienia, że reguła ta ma wejść w życie już od 2018 r., gdy dojdzie do wyborów lokalnych. Potem pojawiły się kolejne pomysły: zmiany w pracach komisji wyborczych, odejście od wyborów większościowych radnych w mniejszych gminach, wprowadzenie bezpośrednich elekcji starostów i marszałków oraz wiele innych. Tę samorządową serię na razie zakończyła poselska wrzutka projektu nowej ustawy o m.st. Warszawie, która zaskoczyła nawet część działaczy PiS z Mazowsza. Wszystko to dzieje się w kontekście działalności CBA i prokuratury, które na celowniki wzięły samorządowych celebrytów – m.in. prezydentów Warszawy, Lublina czy Łodzi.

– Widać, że PiS uwiera nie tyle samorząd, ile własna słabość w tym samorządzie. Próbuje, ale zbyt często przegrywa – twierdzi Jarosław Flis, politolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. – W 2014 r., gdy wyborcze wahadło wyraźnie szło w drugą stronę, a Platforma zaczynała dołować, to i tak w miejscach, gdzie były otwarte wybory wójtów czy burmistrzów, wśród zwycięzców kandydaci PiS stanowili jeden na dziesięć przypadków – zauważa politolog. Przyznaje jednocześnie, że dla PiS trend jest teoretycznie wznoszący. – W 2010 r. partia miała 4 proc. wśród nowych wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, a w 2014 r. – już ok. 10 proc. Tylko że wtedy PiS kapitalizował niezadowolenie społeczne z rządów PO-PSL. A teraz sami rządzą i sami mogą mieć pod górkę. Za kilka miesięcy tysiące ludzi odczuje skutki reformy edukacyjnej i to również może oznaczać spory kłopot dla PiS – przypomina ekspert.

Kontrrewolucja

Opozycja bardzo ostro wypowiada się o działaniach rządzącej partii. – To wszystko wynika z politycznego DNA PiS. Ta partia ma zakodowaną nieufność do ludzi, którzy nie są od nich. To ciągłość ideologiczna nawiązująca do piłsudczyków i okresu sanacji – mówi Piotr Zgorzelski, poseł PSL i od zeszłego tygodnia przewodniczący nowo powołanego przez ludowców zespołu parlamentarnego ds. obrony polskiej samorządności. W pierwszym przyjętym dezyderacie zespół nie przebiera w słowach. „Po 27 latach polski samorząd znalazł się w poważnym niebezpieczeństwie jego ograniczenia, a wręcz faktycznej likwidacji” – czytamy. Dalej posłowie apelują do rządu o „zaprzestanie niszczenia Polski samorządowej, jedynego jeszcze działającego elementu państwa polskiego”.

Ale nie chodzi tylko o politykę i stołki. Zdaniem wielu naszych rozmówców sens tych wszystkich zmian jest głębszy, że tak naprawdę mamy do czynienia ze swego rodzaju kontrrewolucją, której celem jest zmiana modelu polskiej samorządności istniejącej od 1990 r. Do pewnego stopnia tezę tę potwierdzają sami przedstawiciele PiS. – Nie uważam, że dotychczasowy model samorządności się zużył. Ale pewne korekty są konieczne. Daleko idąca decentralizacja władzy nie w każdym przypadku się sprawdza. Wybijanie się samorządu na zbyt dużą autonomię niekoniecznie przysłużyło się podstawowemu celowi, jakim jest służenie obywatelom. Pewne kompetencje trzeba zebrać i rozdzielić w nowy sposób po przeanalizowaniu, kto będzie w stanie te zadania wykonać lepiej – tłumaczy poseł PiS Szymon Szynkowski vel Sęk (i jednocześnie były samorządowiec, wciąż zasiadający w zarządzie Związku Miast Polskich). – Mimo to wyraźnie trzeba zaznaczyć, że model, w którym władza lokalna stanowi immanentną część władzy publicznej, pozostanie zachowany – dodaje poseł.

Pytanie, czy PiS jest na dobrej drodze do wdrożenia tych zmian, które zbudują nową jakość, zamiast burzyć 27-letni dorobek polskiej samorządności. Jeden ze współautorów reform samorządowych, prof. Hubert Izdebski, ma poważne wątpliwości. – Czy zmienia się model naszej samorządności? Nie wiem. Ale są na pewno chęci zmiany i ruchy w kierunku centralizacji, mniej lub bardziej efektywne. Wpadka z ustawą warszawską, która po wniesieniu do Sejmu okazuje się propozycją do konsultacji, pokazuje, że brakuje koordynacji działań – mówi profesor. Jak dodaje, te potknięcia jeszcze nie oznaczają, że w partii Jarosława Kaczyńskiego nie ma żadnej ogólnej wizji zmian w samorządzie. – Zgodnie z tą wizją samorządom trzeba przykręcić śrubę, sprowadzić je w istocie do roli wykonawców decyzji podejmowanych w Warszawie czy wręcz do roli rad narodowych. Jednak to, co wydaje się modelem zarządzania państwem w wydaniu PiS, można nazwać PRL bis lub bardziej ściśle neo-PRL, co byłoby swoistą kontrrewolucją konserwatywną. Tylko że – co już wiemy z PRL – im większa centralizacja i im więcej kwestii skupia się w centrum, tym większy bałagan i niekontrolowana samowola na dole, przede wszystkim w odniesieniu do spraw poszczególnych obywateli – przestrzega prof. Hubert Izdebski.

Dobitniejszych słów używa jeden z ojców polskiej samorządności, były prezes Trybunału Konstytucyjnego Jerzy Stępień. – Mamy do czynienia z działaniami centralizującymi i antykonstytucyjnymi. Społeczności lokalne będą pozbawione kontroli obywatelskiej na najbardziej podstawowym szczeblu. Skoro model samorządowy nie do końca się sprawdza, stawia się na administrację rządową. Tylko że to droga, która w latach 50. zakończyła się likwidacją samorządu terytorialnego – przestrzega.

Marsz na Wschód

Przyznaje jednak, że samorząd był psuty od bardzo dawna. – Przynajmniej od 2002 r., gdy zaczęto odzierać powiaty z kompetencji. W zamierzeniu miały one skupiać w sobie pewne kompetencje rządowe typu: policja, sanepid czy służby weterynaryjne, a następnie je usamorządowiać. W tym samym roku wprowadzono też bezpośrednie wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, co całkowicie ubezwłasnowolniło rady i uczyniło organy wykonawcze jedynie formalnie odpowiedzialnymi przed tymi radami. Wtedy rozpoczęliśmy swój marsz na Wschód, w stronę systemu rosyjskiego, gdzie liczy się siła jednostki. A przecież istotą samorządu jest kolegialne działanie – zwraca uwagę Jerzy Stępień.