Opozycja uważa, że jest pani psiapsiółką premier Ewy Kopacz. I dlatego otrzymała pani tak wysokie stanowisko...

Jeśli to jest jedyna ocena mojej dotychczasowej pracy na rzecz edukacji, to jest mi najzwyczajniej w świecie przykro. Ale opozycja ma to do siebie, że ma prawo krytykować. Chciałabym, aby oceniano mnie przez dotychczasowe osiągnięcia i pracę na rzecz edukacji.

Nie brakuje też głosów, że w resorcie nie jest potrzebny kolejny sekretarz stanu. Czy dużo ma pani pracy?

Mam wyjątkowe i konkretne zadanie postawione przez panią premier. Chcemy zwrócić uwagę na bezpieczeństwo w szkołach. Mam sprawić, by uczniowie czuli się w nich lepiej, bezpieczniej. Czasu mam niewiele, bo do jesiennych wyborów parlamentarnych muszę przedstawić konkretne rozwiązania. Mam więc sporo pracy. W latach 2008–2013 na rządowy program Bezpieczna szkoła wydano ponad 80 mln zł.

Obecnie na poprawę bezpieczeństwa w szkołach nie można wydać rocznie więcej niż 6 mln zł. Czy to nie za mało, aby cokolwiek zdziałać?

Wszystko zależy od tego, co się za te pieniądze chce zrobić. Proszę pamiętać, że również przez marszałków w programach idą środki z UE, które mogą być przeznaczane na poprawę bezpieczeństwa w szkołach. O szczegółach tych rozwiązań będę z każdym z nich rozmawiać.

Ile tych pieniędzy marszałkowie mają zarezerwowane na bezpieczną szkołę?

Sporo.

Więcej niż 6 mln na rządowy program Bezpieczna i przyjazna szkoła?

Nie mogę dziś mówić o kwotach, jeśli wcześniej nie rozmawiałam z marszałkami. Na pewno jest to dwucyfrowa liczba milionów.

Czyli 10 mln zł?

Dwucyfrowe może też być 90 albo nawet 98. Konkrety będą znane po spotkaniach z marszałkami. Dla mnie ważne są rozwiązania systemowe.

No właśnie, jakie one są lub mają być?

Niekoniecznie marszałkowie muszą wyposażać szkoły w kamery i monitoring, ale na pewno powinni zainwestować w skuteczne wsparcie dla nauczycieli. Potrzebna jest edukacja zarówno dla nauczycieli, jak i rodziców. Musimy też zadbać, aby nie stali oni po dwóch stronach barykady. Żeby osiągnąć sukces wychowawczy, powinni się porozumieć i wypracować wspólne rozwiązania na rzecz młodych. Na takie działania wiele pieniędzy nie potrzeba.

Premier zapowiedziała, że będą pieniądze na monitoring dla każdej zainteresowanej szkoły. Odchodzi pani od tego pomysłu?

Część szkół już jest objęta monitoringiem. To zadanie realizuje Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Jest to jeden z elementów, który daje poczucie bezpieczeństwa, ale kamery wszystkiego nie załatwią. Monitoring budzi gorące dyskusje: co, gdzie, jak długo można nagrywać? Nie jest też w stanie zastąpić skutecznej interwencji. Rejestruje skutek, jest raczej dowodem w sprawie. Tymczasem najważniejsza jest edukacja i przeciwdziałanie, czyli profilaktyka. Dotychczasowe doświadczenia, porady, recepty na działanie w sytuacji kryzysowej trzeba zebrać na specjalnym portalu. W każdym miejscu w Polsce uczeń może „wyklikać” swój region i uzyskać informacje, gdzie czeka na niego pomoc. Nie da się tego zrobić bez zaangażowania poradni psychologiczno-pedagogicznych i organizacji pozarządowych oraz odpowiednich służb.

Na wizytę z dzieckiem w poradni, np. do psychologa, czeka się miesiąc, a w szkole pojawia się on 10 razy w roku.

Trzeba to zmienić i sprawić, że specjaliści będą bardziej dostępni. Teraz można korzystać ze wsparcia pedagoga szkolnego. Każda szkoła potrafi udzielić pomocy, wsparcia.

Jakie więc pierwsze decyzje pani podjęła?

Jestem tu dopiero od miesiąca. Powołałam zespół, z którym tworzymy plan działania, rozdzielamy zadania, porządkujemy istniejące programy, nadajemy im tempa i kreujemy nowe.

Zespoły źle mi się kojarzą, zwłaszcza w resorcie edukacji. Do zmian w Karcie nauczyciela też był powołany zespół, który debatował kilka lat i ostatecznie projekt rozwiązań trafił do kosza.

Jednak bez pomocy specjalistów trudno byłoby mi realizować zamierzone cele.

Co więc wydarzy się w marcu?

Będzie konferencja, która zainauguruje kolejną edycję „Bezpiecznej i przyjaznej szkoły”, a potem spotkania w regionach.

Taką konferencję można zorganizować bez kolejnego sekretarza stanu w resorcie.

Owszem, ale moje działanie się do tego nie ogranicza. Moje trzy grosze to nowe inicjatywy realizowane ze strażą pożarną, policją, ministrem pracy, organizacjami pozarządowymi – je także pokażę w marcu.

W niektórych szkołach dyrektorzy zakazują używania telefonów komórkowych również podczas przerw. Część z nich uważa, że do takiego działania powinni mieć upoważnienie ustawowe.

Prawo to nie śmietnik, do którego można wszystko wrzucać. Od tego są regulaminy w szkołach. Jeśli dyrektor i rodzice dostrzegają potrzebę wprowadzenia całkowitego zakazu, to nie widzę przeszkód. Jestem zwolennikiem jasnych reguł.

W pani kompetencjach jest też opieka medyczna dla uczniów. Czy sprawi pani, że w każdej szkole będzie lekarz, pielęgniarka, a nawet dentysta?

Gabinety lekarskie są.

Ale chyba w nielicznych szkołach...

W większości przypadków jest pielęgniarka. Niektórzy chcieliby, aby były też gabinety stomatologiczne, ale wyposażenie ich jest bardzo kosztowne. Nie ma przeszkód, by najbliższy szkole gabinet stomatologiczny świadczył usługi dla uczniów.

Kolejnym pani zadaniem jest nadzór nad wypełnianiem przez uczniów obowiązku szkolnego. Czy dużo jest przypadków, że uczniowie notorycznie opuszczają zajęcia i konieczna jest interwencja?

Nie zajmowałam się jeszcze tym problemem. Nie wydaje mi się, aby był to duży odsetek. Jest procedura do tego, aby przypomnieć uczniom o obowiązku szkolnym.

Awans nauczycieli też spoczął na pani barkach. Najwyższa Izba Kontroli już w 2008 r. stwierdziła, że został on wyczerpany, bo 80 proc. nauczycieli to mianowani. W tej kadencji ma nie być zmian w Karcie. Czy ma pani wizję, jak to uzdrowić?

Nauczyciele potrzebują wsparcia, nadzoru i awansu w jednym.

A konkretniej?

Ścieżka awansu nie może się zamykać zbyt szybko. Należy się zastanowić nad jego kryteriami.

W MEN już były plany, aby wydłużyć ten awans i dodać np. lidera zespołu?

Wydłużenie niewiele nam da, bo za kilka lat znów będziemy mieli to samo. Warto przedyskutować taki system, by kolejne szczeble awansu premiowały tylko najlepszych. Osoba, która przeszła je wszystkie i zna funkcjonowanie placówek od podszewki, powinna stanowić elitę tej grupy zawodowej. Dziś, aby zdobyć kolejny stopień, trzeba tylko czasu i nie jest to zbyt trudne.

Czy pani uważa podobnie jak szefowa MEN Joanna Kluzik-Rostkowska, że trzeba zlikwidować Kartę nauczyciela?

Zmienić. Bo jeśliby ją zlikwidować, wrzucić do kosza i nic po niej nie zostawić, to byłoby trochę niesprawiedliwe.

To zapytam inaczej. Co by pani zostawiła z obecnej Karty?

Pensum. Z pewnością musiałoby ono być wyższe niż 18 godzin, ale jednak nie 40-godzinne.

Szkoły prowadzone przez stowarzyszenia nie stosują Karty, a też nikt nie każe tam pracować 40 godzin tygodniowo. Co najwyżej ok. 25 godzin.

Zgadza się. Nie widzę więc przeszkód, aby zbliżoną granicę wprowadzić dla nauczycieli zatrudnionych w samorządowych szkołach.

Ile dokładnie według pani powinno wynosić pensum nauczyciela?

Podyskutujmy. Może 22 lub 24?

Według Instytutu Badań Edukacyjnych nauczyciele na pracę poświęcają tygodniowo nawet 47 godzin.

Szczerze? Byłam aktywnym nauczycielem, z pewnością pracuje się w tym zawodzie dużo, ale 47 godzin tygodniowo to pewnie uśredniony wynik.

A czy po dokonaniu zmian w Karcie zostawiłaby pani ochronę stosunku pracy dla mianowanych?

Wszyscy jesteśmy na rynku pracy. Ochroniłabym pensum nauczyciela. W pozostałych kwestiach dotyczących zatrudnienia mógłby mieć zastosowanie kodeks pracy, ale to moje prywatne zdanie. O tym powinno rozmawiać całe środowisko. Dobrego nauczyciela nikt z rynku nie wyrzuci, bo upomną się o niego rodzice, uczniowie, a dyrektor zapłaci mu nawet więcej, tylko po to, aby mieć go w swojej placówce.

A czy kodeks pracy mógłby mieć też zastosowanie do wynagradzania nauczycieli?

Z pewnością w Karcie jest wiele nieaktualnych zapisów, które można zlikwidować, np. zasiłek na zagospodarowanie, działkę czy węgiel.

Czyli można byłoby pozostawić pensję zasadniczą?

Wysokość pensji określa się w ustawie budżetowej. Dyrektorzy powinni móc swobodnie decydować o przyznaniu dodatków motywacyjnych (naprawdę zróżnicowanych, by nagrodzić wszystkich dobrych nauczycieli), które obecnie są często przyznawane po równo tylko po to, aby zapewnić ustawową średnią płacę.

A urlop dla poratowania zdrowia?

Raz w karierze zawodowej przez rok, a nie jak obecnie trzy lata.

Zamiast Karty można byłoby więc dodać jeden rozdział do ustawy o systemie oświaty, który regulowałby pensum nauczycieli...

To są szczegóły techniczne. Z mocą trzeba podkreślić, że zawód nauczyciela jest wyjątkowy i np. jego ochrona polegająca na tym, że jest on traktowany jako funkcjonariusz publiczny i ma określone pensum, powinna być zachowana.

Czy nauczyciele otrzymają podwyżki w 2016 r.?

Nie ma takich pieniędzy, które wynagrodziłyby trud dobrego nauczyciela! Ale o to trzeba pytać ministra edukacji narodowej. Trzeba jednak dla sprawiedliwości przypomnieć, że jako jedyna grupa w sferze budżetowej nauczyciele mogli w latach 2008–2012 liczyć na 50-proc. wzrost płac.