Czy to prawda, że chętnie zlikwidowałaby pani Kartę nauczyciela?

Marzy mi się nowoczesny dokument. Karta weszła w życie w lutym 1982 r., 32 lata temu. Dziś jest jak ściana, na której co chwila pojawiają się zacieki i pęknięcia. Kiedy już mocno dają się we znaki, szpachlujemy i przemalowujemy. Tymczasem dla każdego nowoczesnego państwa edukacja to jedna z najważniejszych strategicznie dziedzin. Potrzebuje stabilności i długofalowego myślenia. Nie mam wątpliwości, że zawód nauczyciela powinien być traktowany wyjątkowo.

Proszę sobie wyobrazić całkowite urynkowienie – nauczyciele przychodzą i odchodzą ze szkoły w dowolnym momencie, uczniowie mają kilku wychowawców, matematyków czy biologów w ciągu jednego roku szkolnego. Myślę, że nikt z nas tego nie chce, więc godzi się na zdefiniowanie reguł, jakie powinny rządzić pracą w szkole. Tyle że praca nad nową ustawą powinna toczyć się w dużym komforcie czasowym, z dala od politycznej wrzawy. Nie daję żadnej szansy temu przedsięwzięciu w tej kadencji parlamentu. Za mało czasu i zbyt wiele kampanii wyborczych przed nami.

Czy to oznacza, że obecna nowelizacja karty, która też jest zaliczana do kategorii szpachlowania pękniętej ściany, nie trafi do Sejmu?

Trafi, w wersji nieco okrojonej w stosunku do propozycji mojej poprzedniczki. Mam nadzieję, że to ostatni taki remont.

Co powinno zostać, a co wylecieć z Karty nauczyciela?

Autor nowej ustawy musi wiedzieć, że dzisiejsza karta nie potrafi docenić najlepszych nauczycieli, za to skutecznie chroni słabych. Dyrektor szkoły musi mieć dużą swobodę w organizowaniu pracy szkoły, nagradzaniu współpracowników. Musi mieć możliwość pożegnania się z nauczycielem, który nie spełnia jego oczekiwań. Związek Nauczycielstwa Polskiego mówi, że jest to możliwe już teraz, tylko zapomina, że zwolnienie słabego nauczyciela jest drogą przez mękę. Tymczasem najlepsi powinni być nagradzani, a słabsi muszą wiedzieć, że jeśli się nie będą bardziej starać, stracą pracę. Myślę, że to oczywisty mechanizm dla wszystkich, którzy czytają naszą rozmowę.

W ubiegłym roku Instytut Badań Edukacyjnych zbadał czas pracy nauczycieli. Okazało się, że pracują prawie 47 godzin. Czy te badania były dla pani zaskoczeniem?

Jeden ze związkowców przekonywał mnie, że badania są niedoszacowane, bo nie uwzględniały przerw lekcyjnych nauczycieli. Miałam poczucie, że dotykamy absurdu. Z jednej strony mamy nauczycieli, którzy poświęcają ogrom swojego czasu na pracę, choćby przygotowując uczniów do olimpiad. Zaczepił mnie ostatnio jeden z rodziców ucznia liceum Władysława IV w Warszawie. Dziecko jest olimpijczykiem, nauczyciele pracowali przez ostanie tygodnie z grupą uczniów nawet w soboty i niedziele. Rodzicowi było trochę głupio, że jedyną nagrodą dla tych nauczycieli będzie satysfakcja z sukcesów uczniów. Uważa, że powinno się dodatkowo premiować taką pracę. I ma rację.

Z drugiej strony zaś przy okazji przygotowania zmian w obrocie podręcznikami słyszę ze wszystkich stron, że do tej pory nauczyciele dostawali od wydawców dodatkowo scenariusze lekcji, a nawet propozycje kartkówek i klasówek. Zmiany mogą się niektórym z nauczycieli nie podobać, bo teraz będą musieli się staranniej przygotować do lekcji. I powtórzę raz jeszcze – system jest tak skonstruowany, że gubi najlepszych, nie motywując słabszych.

Samorządy decydują się na likwidację lub przekazanie szkół, aby nie stosować Karty nauczyciela, tylko kodeks pracy. W taki sposób mogą się pozbyć niezaangażowanych nauczycieli. Mamy już przecież gminę Hanna, w których nie ma samorządowych szkół.

Czy to właściwa droga?

Spotkałam się z panią wójt gminy Hanna i uważam, że zrobiła kawał dobrej roboty. Jestem przekonana, że gdyby nie doprowadziła do tych zmian, to nie byłoby tam pięciu szkół i pracy dla nauczycieli. Pedagodzy opiekują się dziećmi z sobotami włącznie, a w szkołach zapewniony jest ciepły posiłek. Dodatkowo w każdej szkole jest oddział przedszkolny.

Czy wszystkie samorządowe szkoły mogłyby być tak przekształcane?

Nie, choć uważam, że wójt gminny Hanna miała 100 proc. racji, podejmując takie decyzje. Trzeba jednak zaznaczyć, że wspomniana wójt sama była nauczycielką i dyrektorem szkoły. Na pewno docenia wagę edukacji. Obawiam się, że w gminach, które w przekazaniu szkół widzą wyłącznie oszczędności, edukacja szybko znalazłaby się w katastrofalnym stanie. Trzeba szukać równowagi między możliwościami budżetowymi gminy a kosztami związanymi z edukacją.

Związkowcy uważają, że nie ma podstaw likwidowania karty, pozbawiania nauczycieli przywilejów, bo mamy świetne wyniki PISA: więc nauczyciele dobrze uczą. Czy dobre wyniki polskich uczniów to zasługa programu nauczania i nauczycieli, czy też – jak mówią złośliwi – korepetycji?

Na pewno nauczyciele dobrze pracowali. Wielki wpływ na wynik miało nowe zdefiniowanie wymagań na egzaminie gimnazjalnym, które skutecznie zmieniło sposób patrzenia na problemy matematyczne i metody ich rozwiązywania. Zamiast schematów – myślenie. Nauczyciele zmienili sposób uczenia i dzięki temu przyczynili się do sukcesu.

Ostatnimi badaniami IBE o korepetycjach jestem zdruzgotana. Korzysta z nich większość uczniów, w dodatku przynoszą efekt wyłącznie krótkotrwały. Ciekawe, jak nauczyciele traktują tę informację. To przecież porażka nauczyciela, skoro uczeń musi szukać wsparcia na zewnątrz. Brak woli, czasu, pieniędzy, zaufania ze strony rodziców, którzy wolą dopłacić? Nie rozwiążemy problemu w tydzień, ale nie możemy go lekceważyć. Lubimy rankingi, ale częściej mówią one o tym, czy szkoła ma dobrych uczniów i korepetytorów, a nie czy ma dobrych nauczycieli. Bezwzględnie ważne jest zindywidualizowanie pracy z uczniem.

W debacie o zmianach szkoły bardzo ważni są rodzice. Mówi się, że pani przyszła do ministerstwa po to, aby tych rodziców złagodzić.

Bez rodziców żadna zmiana się nie uda. Tymczasem współczesny rodzic jest nieco zagubiony. Chodził do innej szkoły, czego innego od niego oczekiwano. Naszą rolą jest narysować wymarzoną szkołę XXI wieku, pokazać, w jakie kompetencje powinien być wyposażony uczeń wchodzący na rynek pracy i jak do tego dojść. Musimy pokazać, czego rodzic może się domagać, czego oczekiwać od nowoczesnej szkoły.

Ale to rodzice skutecznie zablokowali reformę wprowadzającą do szkoły sześciolatki.

Rodzice w znakomitej większości mówią tak: „Nasze dzieci są gotowe do podjęcia edukacji w wieku 6 lat. Ale nie jesteśmy pewni, czy gotowa jest do tego szkoła”. Szanując te obawy, pierwszym zadaniem, jakie wyznaczyłam sobie w ministerstwie, jest przygotowanie wszystkich możliwych instrumentów, które szkołę dobrze przygotują i obawy rodziców zminimalizują. Nauczycielowi dajemy daleko idącą swobodę w prowadzeniu zajęć, dzieciom – dowolnie długi czas na adaptację, przygotowujemy nową formułę pracy świetlic. Poprosiliśmy o wypełnienie ankiet dyrektorów szkół, rady rodziców, wizytatorów. Prosimy rodziców, żeby poszli do szkoły, sprawdzili, czy jest przygotowana, co ewentualnie budzi ich niepokój. Mamy dla nich specjalną infolinię. Jeśli teraz sprawdzą i coś będzie jeszcze do zrobienia, mamy czas na naprawę!

Zmian boją się nie tylko rodzice, lecz także samorządy – głównie nowego przepisu, że w klasach może być tylko 25 dzieci i ani jednego więcej. Co się stanie, jeżeli we wrześniu do szkoły zgłosi się kolejnych troje dzieci ponad tych 25? Jeżeli będą z rejonu, to szkoła musi je przyjąć.

To żadna nowość dla szkół. W obecnej formule też muszą w ostatniej chwili przyjąć dziecko z rejonu, co czasem burzy od dawna przygotowany podział klas i pracy nauczycieli. Ale to nie będzie częsty problem, bo przeciętnie w klasach pierwszych średnio jest ok. 20 osób. Jest ok. 5 proc. szkół, które są duże. Poza tym nikt nie powinien być bardziej zadowolony z tej reformy jak właśnie samorządy: otrzymały większe pieniądze, których bez reformy sześciolatków pewnie by nie miały.

Cały wywiad w serwisie dziennik.pl