Niespełna tydzień pozostał szefom placówek oświatowych na przedstawienie samorządom swoich planów organizacyjnych na nowy rok szkolny. Tworzą je pod presją wójtów i burmistrzów, którzy domagają się oszczędności. Ci, którzy nie będą ciąć etatów i ograniczać liczby klas, muszą się liczyć z tym, że ich dokumenty zostaną zwrócone do poprawki.

W ubiegłym roku z pracy w szkołach wskutek takiej polityki gmin odeszło 7 tys. nauczycieli. Według szacunków związków oświatowych w tym roku może być ich nawet dwukrotnie więcej. Przyczyniają się do tego niż demograficzny, którego fala przechodzi obecnie przez szkoły ponadgimnazjalne, a także pogłębiające się problemy finansowe samorządów. Tworzeniu przepełnionych klas i redukcjom etatów nie mogą przeciwstawić się kuratoria. W efekcie dyrektorom pozostaje tylko zwalnianie kolejnych pracowników.

Cięcia, cięcia

Do 30 kwietnia 2013 r. do organów prowadzących, którym najczęściej są gminy i starostwa, powinny trafić arkusze organizacyjne szkół. Określa się tam plan pracy na kolejny rok: szacuje liczbę uczniów, nauczycieli, a także klas. Zatrudnieni, dla których zabraknie zajęć, muszą spodziewać się wypowiedzeń do końca maja.

– Szacujemy, że w tym roku pracę straci znacznie ponad 10 tys. nauczycieli. Takie informacje spływają do nas z regionów – potwierdza Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego (ZNP).

W ubiegłym roku związek ten przewidywał, że pracę straci 8 tys. osób, i niewiele się pomylił, bo liczba ta ostatecznie wyniosła o tysiąc mniej.

– Nie ukrywam, że w tym roku dyrektorzy będą musieli dokonać kolejnych zwolnień. Pełne szacunki będą znane pod koniec maja, ale już planujemy, że 23 etaty zlikwidujemy po odejściu nauczycieli na emeryturę. Nie będziemy też przedłużać umów terminowych i zamierzamy zwalniać osoby z powodu zbyt małej liczby godzin lekcyjnych – wyjaśnia Ryszard Stefaniak, naczelnik wydziału edukacji Urzędu Miasta w Częstochowie.

Jego zdaniem subwencja jest zbyt mała i dlatego nie ma odpowiednich środków finansowych, aby utrzymać wszystkich pracowników, gdy uczniów jest z roku na rok coraz mniej.

Inne gminy również nie ukrywają, że cięcia etatów są nieuniknione.

– Z trzech szkół zrobiliśmy jedną prowadzoną przez stowarzyszenie, bo innego wyjścia nie było. Zlikwidowaliśmy dyrektorom nawet stanowiska sekretarskie – wylicza Jerzy Bondyra, przewodniczący Rady Gminy w Zamościu.

– Mamy szkoły, w których np. po wakacjach w poszczególnych rocznikach nie będzie dwóch klas, tylko jedna, a to też wiąże się ze zwolnieniami – dodaje.

– Wypowiadamy umowy tylko wtedy, gdy nie ma wystarczających godzin lekcyjnych. Na razie pojawiają się dyrektorzy i konsultują z nami arkusze organizacyjne – przyznaje Tadeusz Kołacz, naczelnik wydziału edukacji Urzędu Miasta w Chrzanowie.

Potwierdza, że w szkołach podstawowych i gimnazjach będzie zwalnianych po kilka osób. Wskazuje, że największa fala redukcji obejmie szkoły ponadgimnazjalne, które są pod opieką starostw.

Nie chcą młodych

Samorządy zalecają też dyrektorom szkół, aby nie zatrudniali nowych nauczycieli. Etaty po tych odchodzących powinni dzielić na pozostałych. To efekt obowiązku zapewniania średnich płac. Jeśli gminy będą dopuszczać możliwość zatrudniania nauczycieli w niepełnym wymiarze lub na goły etat bez godzin ponadwymiarowych, muszą się liczyć z koniecznością wypłacania im w styczniu jednorazowego dodatku uzupełniającego.

– Gdyby nie taka polityka gmin, z tych wszystkich godzin ponadwymiarowych powstałoby w szkołach dodatkowych 90 tys. etatów – wylicza Ryszard Proksa, przewodniczący Sekcji Krajowej Oświaty i Wychowania NSZZ.

Jego zdaniem gminy nie dbają o jakość pracy nauczycieli i uczniów, tylko na siłę szukają oszczędności w podległych im placówkach.

Niemniej jednak sami nauczyciele chętnie godzą się na dodatkową pracę. Z zasady mają oni 18 godzin pensum plus godziny karciane. Dopiero gdy wyrażą zgodę, dyrektor może im przyznać dodatkowo maksymalnie 9 godzin lekcyjnych (ponadwymiarowych). W efekcie nauczyciel zarabia więcej, a dyrektor i gmina nie muszą obawiać się, że nie zapewnią im średnich płac.

Pytają o pracę

Oszczędności blokują jednak dostęp do szkół absolwentom uczelni pedagogicznych.

– Chcą nawet pracować dłużej za niższe wynagrodzenie, ale nie możemy im tego zaproponować, bo uniemożliwia to Karta nauczyciela – potwierdza Jerzy Bondyra.

Te przepisy nie dotyczą szkół stowarzyszeniowych, ale nie wszystkie placówki można w nie przekształcić (jedynie te do 70 uczniów).

– Tam, gdzie udało się założyć stowarzyszenie, pensje spadły o 1/3 i nikt z tego powodu nie rezygnuje z pracy – wylicza Jerzy Bondyra.

Braku miejsc w szkołach związki oświatowe upatrują jeszcze w innych działaniach samorządowców.

– Jak w szkołach mają szukać pracy młodzi nauczyciele, gdy np. w Wielkopolsce opiekunami w świetlicy są sprzątaczki, a nie nauczyciele świetlicowi – mówi rozżalony Sławomir Broniarz.

Wskazuje też przykład wójta, który zwolnił ze szkół pedagogów, zatrudnił jednego w gminie na stanowisku urzędniczym i oddelegował do pracy w szkole. Oczywiście nie obowiązuje go karta.

Pełne listy obecności

Oświatowe związki alarmują również, że w szkołach nikt nie monitoruje liczebności dzieci w klasach, a resort edukacji od lat nie dostrzega potrzeby uregulowania tego w przepisach.

– Mamy w szkołach zawodowych przypadki, że w klasach jest tylu uczniów, ile miejsc w dzienniku lekcyjnym. To efekt tego, że powiaty dotyka niż. Subwencja już nie rośnie tak jak w poprzednich latach – wskazuje Ryszard Proksa.

Decyzje o szukaniu oszczędności w oświacie mogłyby ograniczyć kuratoria, ale nie mają do tego podstaw prawnych. Zdaniem Sławomira Broniarza powinny opiniować arkusze organizacyjne. Od czterech lat nie ma już takiego obowiązku.

– Opinia kuratora była często mocnym argumentem w dyskusji z wójtem np. o liczbie etatów nauczycielskich – potwierdza Marek Pleśniar, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty.

Szefowie źle zwalniają

Dyrektorzy szkół, jeśli już przebrną przez zatwierdzanie arkuszy organizacyjnych, muszą przygotować się do ich realizacji. W pierwszej kolejności do końca maja muszą zwolnić nauczycieli. Tu zaczynają się schody.

– W większości przypadków, jeśli trzeba rozstać się np. z jednym z trzech nauczycieli tego samego przedmiotu, dyrektorzy typują tego najmłodszego stażem, a nie zawsze najsłabszego – wskazuje Tadeusz Kołacz.

Dodaje, że aby nie konfliktować się z radą pedagogiczną, przyznają zatrudnionym wzorowe oceny ich pracy, a średnio co trzy lata – nagrodę z okazji Dnia Edukacji. W efekcie przed sądem zwolniony nauczyciel łatwo może się bronić, że wcale nie był najsłabszym pedagogiem. A najważniejszym kryterium powinny być przydatność dla szkoły i oceny.

– Dyrektorzy są związani nie tylko potrzebami placówki, ale też przepisami. Najtrudniejszy wybór jest między kilkorgiem nauczycieli, którzy mają podobny staż i są chronieni na podstawie karty. Słabością dyrektorów jest to, że nie oceniają pracy należycie i według dobrze przygotowanych kryteriów – argumentuje Marek Pleśniar.

Dodatkowo wielu nauczycieli ucieka przed zwolnieniami na urlopy zdrowotne lub korzysta z ochrony związkowej. Na przykład w Częstochowie na około 3,6 tys. nauczycieli ponad pół tysiąca to chronieni przed zwolnieniem działacze.