Kontakt z medycyną oznacza udrękę. Kolejki do zabiegów i specjalistów, znieczulica, brak informacji, przedmiotowe traktowanie. Można by długo wyliczać grzechy systemu, który odwrócił się plecami do chorych, choć dzięki nim istnieje. Od 1 stycznia miało być lepiej. Nie dla wszystkich, ale przynajmniej dla grupy najciężej chorych, czyli pacjentów onkologicznych. Stworzony dla nich przez ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza pakiet ustaw miał spowodować, że znajdą się w centrum zainteresowania systemu. Wszystkie siły i środki miały pójść na to, aby można było szybciej rozpoznawać ich chorobę i zacząć ich leczyć. Idea piękna, lecz minister zdrowia będzie rozliczany nie z chęci, a z efektów programu. Za wcześnie na wystawianie mu ocen, ale pewne rzeczy już mogą niepokoić.

Beata Lisowska

Beata Lisowska

źródło: DGP

Przepisy miały pomóc wszystkim pacjentom, a spowodowały ich segregację i leczenie według różnych prędkości. Szybka ścieżka jest, lecz wiedzie tylko przez gabinet lekarza rodzinnego. Dostępna jest więc dla pacjentów, którzy są lepiej zorientowani w przepisach i skuteczni w egzekwowaniu praw od medyków pierwszego kontaktu. Ci, którzy wybierają tradycyjną drogę i ze swoimi podejrzeniami zgłaszają się np. wprost do onkologów, trafiają do tradycyjnych kolejek. Sytuacja chorych jest też zróżnicowana w zależności od ich miejsca zamieszkania. Szybsze tempo leczenia jest w dużych miastach, gdzie są szpitale onkologiczne, ośrodki diagnostyczne, sprzęt i kadra. Na prowincji zaś tylko jego namiastka. Tu nie ma ani specjalistów, ani specjalistycznych urządzeń w szpitalach i przychodniach. Pacjent z małego miasteczka z podejrzeniem nowotworu lub już rozpoznaną chorobą nadal będzie się błąkać między powiatową placówką, szpitalem wojewódzkim a regionalnym ośrodkiem onkologicznym. Już widać, nie da się zadekretować, że pacjentom ma być lepiej i już. Da się jednak poprawić każde przepisy.