Blizny. Grube. Poskręcane jak postronki. Zawsze ciął się do łokcia. A tak lubi nosić T-shirty. Z zabawnymi obrazkami lub napisami. Taki pogodny facet, z poczuciem humoru. I taki poharatany. Mój mąż.
Czy pamiętasz to, cośmy widzieli, jedyna
Reklama
W ten piękny ranek, lata tchnienie:

Reklama
U zakrętu ścieżki legła niecna padlina
Na łożu zasianym kamieniem
Pierwsze symptomy pojawiają się na początku ogólniaka. To wtedy dociera do niego, że jest inny. Że wypełnia go mrok. Że bez względu na to, co powie i co zrobi, i tak wszystko będzie bez sensu. Ale to okres dojrzewania, buntu, poetów i mierzenia się z dorosłością. To wszystko ma minąć, odejść w niepamięć. Ale nie mija. To dlatego zostaje mistrzem kamuflażu. Potrafi tak dobrze maskować swój smutek, że uchodzi za duszę towarzystwa. Kiedy wiele lat później spotka na ulicy kumpla z liceum i powie mu, że jest chory, ten weźmie to za żart.
– Przez cały czas liceum miałem opinię wesołka, szalonego gościa z ogromnym poczuciem humoru. Można się było ze mną powygłupiać, można było na mnie liczyć. Dawałem rady, jak żyć, jak sobie poradzić z porażką, robiłem za oparcie. A w środku się rozsypywałem. Czułem się strasznie. Nieszczęśliwy, samotny, bez własnego miejsca, obolały. Sam nie radziłem sobie z tym, co się dzieje, jak zmienia się świat, szkoła, ludzie. Uważałem, że nie jestem niczego wart, że nie mam szans ani na sukces w życiu, ani na założenie rodziny. Miałem strasznie niskie poczucie własnej wartości i mniemanie o własnym życiu. I nie, nie miało to związku z domem. Miałem dobry dom, rodziców, siostrę. Po prostu czułem mrok.
Ma też paczkę przyjaciół. Zresztą od początku otacza go mnóstwo ludzi. Potrafi dobrze się z nimi bawić, a potem wrócić do domu i czuć się martwy. – Nikt w szkole nie powiedziałby, że coś jest ze mną nie tak. Gdybym wówczas popełnił samobójstwo, nikt nie wiedziałby, dlaczego. On? Przecież taki wesoły, rubaszny, taki dowcipny. Dlaczego właśnie on?
Sposobem na ból duszy były żyletki. Dużo żyletek. – Jak czułem ból fizyczny, to przestawałem myśleć o tym, jak bardzo bolało mnie w środku. To dlatego się ciąłem. Blisko mi było do cierpienia młodego Wertera, nikt w tamtych czasach nie mówił przecież o depresji. Na początku lat 90. chodzenie do psychiatry uchodziło za coś kosmicznego, a szpital psychiatryczny kojarzył się z horrorami czy z „Lotem nad kukułczym gniazdem”.
Dlatego się tnie. On, który tak bardzo boi się ukłucia. Ale nacinanie ramienia w jakiś irracjonalny sposób przynosi ukojenie, wycisza. W pewnym momencie dolicza się na rękach 80 blizn. Zawsze tnie się tak, żeby rodzice i nauczyciele nie widzieli. A potem znowu balansuje na krawędzi życia i śmierci. Robi rzeczy, od których nawet dzisiaj cierpnie mu skóra. – Potrafiłem chodzić po balkonach na 8.–10. piętrze, wspinałem się na słupy wysokiego napięcia, chociaż miałem lęk wysokości, i skakałem na stogi siana. Liczyłem, że zginę. Miałem nadzieję, że w końcu potknie mi się noga i że z tego nie wyjdę. Że w końcu będzie koniec. Nie miałem odwagi tak po prostu się zabić, ale myślałem o śmierci za każdym razem, kiedy siedziałem w wannie z ciepłą wodą, z żyletką w ręku. Nigdy nie starczyło mi jednak odwagi. Za bardzo się bałem, że nawet to mógłbym spieprzyć.
Po szkole rzuca się w wir pracy. Zostaje dziennikarzem, pisze o policji i gangach. – Szybko wpadłem w pracoholizm, miałem dużo adrenaliny, nie myślałem o tym, co się ze mną dzieje. Dużo później lekarz uznał, że prawdopodobnie tak właśnie zaczęła się u mnie dwubiegunówka, czyli choroba afektywna dwubiegunowa. Przez wiele lat mogłem być w tej dodatniej, pobudzonej części, w tzw. manii. Tyle że każda mania kiedyś się kończy.
Katalizatorem „przebiegunowania” jest wezwanie na przesłuchanie. – Usłyszałem, że ktoś pomówił mnie o domniemaną współpracę z grupą wołomińską, że miałem czerpać korzyści za pisanie wybielających ją tekstów. Do dziś nie wiem, kto mnie pomówił, lecz tamtego dnia poczułem się, jakby złamali mi kręgosłup. Zacząłem się rozsypywać. I choć dostarczyłem śledczym wszystko, czego zażądali, coraz bardziej narastał we mnie strach. Prześladowała mnie myśl: a co się ze mną stanie, jeśli rzeczywiście ktoś uwierzy, że współpracowałem z mafią? I to ja, który od lat walczyłem właśnie z taką przestępczością. Świadomość, że mogę znaleźć się na jednej ławie oskarżonych z tymi, z którymi zawsze walczyłem, była straszna.
Ponownie pojawiają się stany lękowe, a potem wycofanie. Znowu wraca do czasów ogólniaka. Na początku jeszcze wychodzi z domu, walczy. – Możesz być radosny wieczorem, położyć się w całkiem dobrym nastroju, a obudzić się rano i już nic nie ma dla ciebie sensu. Więc po co żyć? Potrafiłem śmiać się w ciągu dnia, wyjść z pracy, czekać na metro i patrzeć na tory, zastanawiając się, czy skoczyć.
Boi się pójść do lekarza. Nie chce, żeby zostało to odebrane przez śledczych, że próbuje wykręcić się chorobą. W tym czasie stan jest już zły. Nie ma siły wstać z łóżka. Nie chodzi do pracy, wyłącza telefon, odcina się od wszystkiego. Znowu zaczyna się samookaleczać, jak ten dzieciak z ogólniaka. Tygodniami poleguje w barłogu. – Cały mechanizm powoduje, że złe myśli natychmiast atakują: po co żyjesz? Jesteś gruby, niepotrzebny, robisz krzywdę innym.
Odczekuje rok, dopiero wtedy ostatkiem sił idzie do psychiatry, ale po pierwszej wizycie odpuszcza, stwierdza, że to nie ma sensu. Wegetuje, cudem utrzymuje się na powierzchni. Kolejne miesiące zajmuje mu przekonanie się, że potrzebuje jednak pomocy. Dodatkowo dobija go myśl, że jego najbliższy przyjaciel walczy z rakiem. – Oddałbym wszystko, żeby się z nim zamienić. To było straszne, że ja mogę, a nie chcę żyć, gdy jemu to życie się kończy, a on nie chce umierać.
To mobilizuje go do szukania pomocy. Kwalifikuje się już na pilną hospitalizację. – Nie pomagała terapia, nie pomagał alkohol, bo znieczulał tylko na chwilę. Nie byłem już w stanie wyjść po fajki do kiosku obok domu. Jadłem byle co, to, co zostało w szafkach. I tak nic nie miało smaku. W takim stanie wszystko smakuje jak kurz i pył.
W szpitalu jest dwa miesiące. Lekarze klasyfikują go jako obarczonego myślą S i anhedonią, co znaczy, że ma myśli samobójcze i nie ma woli życia. Z karty szpitalnej: „37-letni mężczyzna. Nastrój znacznie obniżony, potwierdza myśli rezygnacyjne i samobójcze. Tendencja do samookaleczania się. Silne znamię lęku, niepokoju, duża drażliwość, ogromne poczucie winy, problemy ze snem, zajadanie stresu. Pacjent został wypisany z rozpoznaniem: epizod depresji ciężki. Widzi poprawę w swoim funkcjonowaniu po hospitalizacji”.
W szpitalu mówią mu, że jeśli w ciągu dwóch lat do szpitala nie wróci, to znaczy, że zwyciężył. – A ja od tamtego czasu, od ponad pięciu lat, nie miałem więcej niż trzy miesiące stanów bez depresji. Cały czas mam uczucie, że żyję na kredyt. W międzyczasie zmarł mój przyjaciel.
Jak lubieżnej kobiety zadarte jej nogi
Ciepła, poci się truciznami
Niedbale, cynicznie otwarła
brzucha progi
Napełnionego wyziewami
Światowa Organizacja Zdrowia alarmuje, że w 2020 r. depresja będzie drugim najpoważniejszym problemem zdrowotnym świata. Już cierpi na nią co dziesiąty Polak, połowa nie korzysta z pomocy lekarskiej, a ponad 80 proc. doświadcza nawrotu choroby.
Danuta Wieczorkiewicz, psycholog z Fundacji Zobacz... JESTEM, podkreśla, że wprawdzie niemal każdy słyszał już o depresji, jednak wciąż mało kto wie, że jest chorobą o skomplikowanym charakterze. – Stany depresyjne występują zazwyczaj w przebiegu choroby afektywnej, która ma tendencje do narastania, dlatego też nigdy nie należy ich bagatelizować. Co już wiemy na temat depresji? Że częściej pojawia się u osób predysponowanych, takich, u których w rodzinie występowały już zaburzenia afektywne. Z drugiej strony jednak może pojawić się również jako towarzyszka codziennego zmęczenia i stresu, trudnych sytuacji życiowych lub jako konsekwencja innych chorób – podkreśla psycholog.
Że dotyka zarówno dzieci, młodzież, jak i dorosłych, różniąc się jednak objawami i przebiegiem, utrudniając diagnostykę. – Musimy pamiętać, że zdarzają się też depresje atypowe, np. poronna czy maskowana. W tym rodzaju depresji będą występowały jedynie niektóre elementy charakterystyczne dla tej choroby, np. zaburzenia snu, bóle głowy, natręctwa, a nie będą pojawiały się smutek, przygnębienie i zobojętnienie, stwarzając tym samym problemy w postawieniu prawidłowej diagnozy.
I niebo oglądało ten szkielet wspaniały
Co jak kwiat rozkwitał jaskrawy
Smród był wokół tak silny,
że rysy Twe mdlały
Myślałaś, że padniesz na trawy
Muchy brzęczały na tym gnijącym
brzuchu
Skąd uciekały oddziały czarne
Larw, które ciekły jakby w gęstej
cieczy ruchu
Na te żyjące łachy marne
Żałosne”, „Jesteście żałośni”, „Wywlekanie intymności na światło dzienne” – usłyszałam, kiedy ogłosiłam, że chcę napisac tekst o depresji męża. Można uważać i tak. Ale chory na depresję nie jest sam. Zawsze cierpi i choruje z nim ktoś jeszcze. Ktoś zdrowy, uśmiechnięty, silny lub słaby. Ale o bliskich osób w depresji nie mówi się dużo. Czy takie związki mają szanse przetrwać? Ile trzeba mieć w sobie siły, by pomimo mroku dźwigać na rękach drugą osobę? Nie każdy da radę. Nie każdy podoła. Załamania są i będą. Bo już dość, bo wszystko na mojej głowie, bo nie można na niego liczyć. Bo nie jest w stanie odebrać telefonu, wstać z łóżka. Wszystkie te telefony z pracy, gdzie jest i dlaczego nie stawił się na spotkanie. Wezwania do kontaktu, listy i SMS-y. Z czasem toniesz w tym wszystkim.
Powiedzieć mu: weź się w garść czy jutro będzie lepiej, to jakby wbić mu nóż prosto w to rozklekotane serce, w te blizny, które dzień w dzień przypominają o bólu. Bo chociaż są leki, stabilizatory, inhibitory, to nieustannie boli w środku. A tego się nie da wziąć w garść. Nie da się przegadać, wykrzyczeć, wypłakać i zwymiotować. Nie da się też oswoić, przygotować na kolejną falę.
Atak depresji może przydarzyć się w każdej chwili. Kiedy wychodzimy właśnie na obiad do mamy, kiedy trzeba odebrać zamówione wcześniej bilety do kina. Wtedy nic już nie jest ważne. Nic poza tą hydrą nie istnieje. Nie ma pragnienia, głodu, nie ma nikogo wokół. Nie pomoże głaskanie po głowie, otulanie kolejną poduszką. Z czasem choruje cały dom. Ja sama, którą hydra zaczyna oplatać przed wyjściem do pracy i nie odpuszcza ani w autobusie, ani podczas codziennych zajęć. Patrzę wtedy na innych. Radosnych, beztroskich, spędzających czas jak przystało na szczęśliwych ludzi i mam ochotę wyć. Nawet nasz pies potrafi wyczuć zbliżający się mrok i wtedy chowa się po kątach z podkulonym ogonem.
Od wyjścia ze szpitala minęło już pięć lat. Wciąż jesteśmy z tą hydrą. Dzień w dzień. Często w duchocie i półmroku. Jakby siedziała nam obojgu na klatce piersiowej. Budzisz się i wiesz, że to będzie ten dzień, w którym jego nie ma. Kiedy to, co mieliście wspólnie zrobić, co planowaliście przez tygodnie, przepadło. Jesteś tylko ty. Sama. Bardziej sama niż kiedykolwiek wcześniej. I patrzysz na jego skulone ciało zwinięte pod kocem w środku upalnego lata. Za oknem słońce. Dzień, w którym przecież chce się żyć.
Zdarzają się dobre chwile. Takie, w których zaczynasz czuć powiew świeżego powietrza. Zagrożenie mija. Na ile stabilizują organizm leki, a na ile on sam zwalcza ciemność? Ludzie mówią wtedy z wyrzutem: „Ej, widzisz, on nie ma żadnej depresji”, „Wymyśla”, „Zobacz, w jakiej dobrej jest formie”, „Powinien zachować się jak facet”.
Im dłużej słuchasz rad i wskazówek, tym bardziej zaczynasz wariować. Dlaczego tylko ty to widzisz, dlaczego ty współodczuwasz? Może jesteś nie mniej chora od niego.
Niespokojna suka czyhała za skałami
Gniewnym nas okiem śledziła
Czekała na chwilę, gdy wyszarpie kłami
Ścierwa kęs, który puściła
Mówią: z depresją można żyć. Choroba jak każda inna. Bywa gorzej. Ludzie mają raka. Da się żyć. Mówią: to można przecież kontrolować.
Im więcej słyszysz słów pocieszenia, tym bardziej zaczynasz wątpić. Bo lata mijają, a ukojenie nie przychodzi. Może dlatego, że o hydrze wiemy wszystko i nic. Kiedy zapytasz, czy z depresją można wygrać, usłyszysz słowa nadziei. Zwłaszcza jeśli walkę dopiero zaczynasz. – Choroby afektywne leczy się farmakologicznie oraz przez psychoterapię. Najlepsze wyniki uzyskuje się przy jednoczesnym stosowaniu obu metod. Żeby wygrać z depresją, trzeba ją leczyć. Najważniejsze, aby rozmawiać z bliskimi i być wyczulonym na wszystkie symptomy mogące oznaczać chorobę. Jeśli podejrzewamy, że nasz bliski może cierpieć na depresję, nie możemy robić z tego tajemnicy. Nie jest to powód do wstydu, złości czy rozczarowania. Nie możemy się bać, że zaszkodzimy. Nie możemy czekać, aż samo minie. Warto dać do zrozumienia drugiej osobie, że się o nią martwimy, ale też że jesteśmy blisko. Często chore osoby bardzo boją się wizyty u specjalisty. Ale musimy pomóc mu zrozumieć, że to jedyny sposób. Dobrowolna decyzja zwiększa szansę na powodzenie w leczeniu – przekonuje Marta Soczewka, koordynator Fundacji Zobacz... JESTEM.
Od niedawna działają grupy wsparcia dla rodzin żyjących z depresją. Podobno należy tylko wiedzieć, gdzie szukać. – Cokolwiek się dzieje i cokolwiek robimy, miejmy na uwadze też siebie. Jeśli całkowicie poświęcimy się pomocy choremu, zapasy naszej energii szybko się wyczerpią. Nie należy lekceważyć trudności przeżywanych przez chorego, namawiać, aby wziął się w garść. Nie myślmy, że jest słaby psychicznie, nie oceniajmy – radzi Marta Soczewka. Specjaliści podkreślają, że chory potrzebuje naszego wsparcia, czasem także pomocy przy wykonywaniu codziennych czynności. Musimy też dbać o to, aby chory nie zrezygnował z leczenia – przypominajmy o terminach wizyt, o przyjmowaniu leków. Nie wińmy się za to, że nie możemy zapobiec hospitalizacji. Czasem jest niezbędna. Kiedy choruje ojciec lub matka, one same również potrzebują wsparcia i opieki.
Tak, taka będziesz kiedyś
o wdzięków królowo
Po ostatnich sakramentach
Gdy zejdziesz pod tłusto kwietną
trawę majową
By spleśnieć wśród kości zgięta
Wtedy, moja piękna, powiedz
czerwii wojskom
Co będą Cię żarły w czułości
Że zachowałem formę i istotę Boską
Mojej zgniłej miłości
7 kwietnia obchodzony jest Światowy Dzień Zdrowia. W tym roku na całym świecie przebiega pod hasłem depresji, która pochłania coraz więcej ofiar. W Polsce problem depresji staje się tak duży, że od połowy ubiegłego roku w Ministerstwie Zdrowia działa grupa robocza ds. zapobiegania depresji i samobójstwom. – W ramach zapobiegania samobójstwom stworzyliśmy także kampanię „Zobacz... ZNIKAM”, działając na rzecz zapobiegania samobójstwom dzieci i młodzieży, obecnie ruszamy także z hasłem kampanii „Czerwony pasek”, starając się zwrócić uwagę na problem samookaleczeń wśród młodzieży – mówi Marta Soczewka.