Ze zdumieniem obserwuję rozpowszechniającą się w motoryzacyjnym świecie modę na dodawanie do nazw samochodów słowa „sport”. W ten sposób producenci starają się zasugerować wam, że oto stoicie przed niepowtarzalną szansą wyjechania z salonu odpowiednikiem Usaina Bolta – czyli czymś smukłym, bardzo szybkim i niebywale zwinnym.
ikona lupy />
Łukasz Bąk / DGP
Na przykład toyotą auris touring sports z silnikiem o mocy 99 koni mechanicznych, którą w wolnych chwilach możecie ścigać się spod świateł z matkami pchającymi wózki z dziećmi (i za każdym razem przegrywać). Albo oplem insignią sports tourer, który w najtańszej wersji przyspiesza tak, jakby ciągnął za sobą kotwicę z lotniskowca USS Nimitz. Ewentualnie volkswagenem golfem sportsvanem 1,2 TSI dysponującym 85 końmi, w których jest tyle życia i wigoru, ile w uschniętej paprotce. Jest też ssamgojongonogoja action sports – koreańska wyścigowa półciężarówka. Podobno żyje na świecie człowiek, który postanowił udowodnić, że jest ona w stanie osiągnąć podawane przez producenta 163 km/h. Było to w lipcu 2014 r. Aktualnie ma już na liczniku 117,5 km/h.
W ten sposób doszliśmy do kii sportage, którą jeździłem przez ostatnie kilka dni. Miała pod maską 115-konnego diesla, napęd tylko na jedną oś i wnętrze w kolorze, który w katalogu powinien nosić nazwę „rozmazana psia kupa”. Każdy ze wspomnianych 115 koni w miejskim ruchu pracował ciężko i wytrwale, ale gdy tylko zobaczyły znak drogi ekspresowej, natychmiast pozdychały. Prawdopodobnie ze śmiechu, że w ogóle przyszło mi do głowy je tam zabrać. Sportage 1,7 CRDi jest tak mocny i dynamiczny, że gdy w burzowy dzień wyjedziecie nim z garażu, to mocniejszy podmuch wiatru z powrotem was do niego wepchnie. Przyspieszenie mierzy się tu za pomocą kalendarza, a szósty bieg jest używany równie często co puchowe kurtki przez mieszkańców Nairobi.
Ale – o ile oczywiście będziecie chcieli – Kia chętnie sprzeda wam Sportage z jakimś mocniejszym dieslem. W ofercie są jeszcze dwie wersje: 136- oraz 185-konna. Je jednak też wam odradzam. Choć nie dlatego, że są powolne. Powód jest zupełnie inny – najlepszy silnik, jaki obecnie jest dostępny w tym modelu, to zupełnie nowa, benzynowa, turbodoładowana jednostka 1,6 T-GDI. 177 koni chętnie zabiera się do pracy, do tego są bardzo ciche, kulturalne i charakteryzują się umiarkowanym apetytem. Przy naprawdę dynamicznej jeździe po mieście i autostradzie potrzebowały średnio tylko 9 litrów benzyny, podczas gdy 115-konny diesel – zaledwie litra mniej ON. Co więcej, najmocniejsza benzyna jest aż o 12 tys. zł tańsza od najmocniejszego diesla. I może mieć napęd na cztery koła oraz automatyczną 6-biegową skrzynię biegów. O ile to pierwsze szczerze wam polecam, to niech was ręka boska broni zamawiać automat. Działa on ze zdecydowaniem kobiety wybierającej się na pierwszą randkę – najpierw przymierza całą zawartość szafy, a następnie dochodzi do wniosku, że nie ma co na siebie założyć. Podobnie automat w kii: gdy wciśniecie pedał gazu, przymierzy on wszystkie dostępne przełożenia i dojdzie do wniosku, że żadne z nich nie pasuje. Przełączenie skrzyni w tryb „sport” zmienia tylko tyle, że nieco szybciej dochodzi ona do wniosku, że nie wie, co ma zrobić. Ale z manualem nowy Sportage to naprawdę bardzo dobre auto. Szalenie podoba mi się jego sylwetka – o ile poprzednia generacja miała proporcje Kim Kardashian, z przytłaczającym wielkim tyłkiem na pierwszym planie, to obecna jest elegancka, subtelna i nietuzinkowa. Szczerze mówiąc, to jeden z najładniejszych SUV-ów na rynku. A gdy wybierzecie wersję wyposażenia GT Line lub XL, także jeden z najlepiej wykończonych, z mnóstwem rozwiązań spotykanych kilka lat temu wyłącznie w luksusowych limuzynach. Ergonomia, łatwość obsługi, jakość spasowania, wyciszenie wnętrza, fotele – we wszystkich tych aspektach Sportage prezentuje europejski poziom. A ten japoński już przeskoczył. Dotyczy to również zawieszenia i prowadzenia. Układ kierowniczy SUV-a Kii jest precyzyjny jak Maksim Czudow na strzelnicy, a zawieszenie sprężyste niczym nogi Aliny Kabajewej. I jeżeli tak na to patrzymy, 177-konny benzynowy Sportage ma coś wspólnego ze sportem. Ale w przypadku 115-konnego diesla jest to coś zupełnie innego – zadyszka, której towarzyszy uczucie stanu przedzawałowego.