Już dawno na żadnych targach motoryzacyjnych nie przedstawiono tylu nowych modeli „dla ludu”, co w Paryżu. Dla mnie to doskonała wiadomość. Bo dzisiaj za jednym zamachem mogę opisać wam kilka z nich, a przez resztę roku obijać się czymś dużo droższym, szybszym i bardziej interesującym.



Uwielbiam stolicę Francji. Przynajmniej centrum, bo peryferia – i trzeba powiedzieć to otwarcie – nie należą już do potomków Napoleona, Balzaca ani braci Lumiere. Jadąc przez Saint-Denis, zastanawiałem się, czy przez przypadek nie wylądowałem w Rabacie albo Tunisie. Podczas półgodzinnej podróży busem przez tę dzielnicę widziałem tylko jednego białego człowieka. Był nim mój taksówkarz. I nawet on sprawiał wrażenie zagubionego jak europejski turysta w Marakeszu.