O tym, że wreszcie będzie można legalnie jeździć po pijaku, taksówkarze stracą pracę, a 15-latki bez prawa jazdy zyskają możliwość zasuwania 200 km/h po autostradach. I czy samochody dostarczą nam tyle emocji, ile praca stróża nocnego w Tesco.
Choć w 1990 r. miałem zaledwie osiem lat, to już wiedziałem, czym są cylindry, wałek rozrządu i kolumna MacPhersona. W tym samym roku znajomy moich rodziców został dumnym posiadaczem skody favorit z blachą cieńszą niż folia spożywcza i wigorem sparaliżowanego misia koala. Jej silnik miał 1,3 litra pojemności, ale do dziś nie wiem czego. Kefiru? Farby malarskiej? Kleju do tapet? Jeżeli zaś chodzi o jej 58 koni, to 57 z nich prawdopodobnie uciekło w popłochu zaraz po opuszczeniu murów fabryki. Wnętrze favoritki było równie przytulne co wnętrze zajęczej nory, a lista wyposażenia dodatkowego ograniczała się do dwóch opcji: wycieraczki tylnej szyby oraz radia. Do wyboru były trzy kolory: trochę szary, szary i bardzo szary.
Reklama
Przypomniałem sobie o tej skodzie kilka dni temu, gdy prowadziłem jej nieco ulepszoną siostrę – octavię. Jak wiecie, Octavia to pospolity model, ulubione auto akwizytorów proszków do prania, handlarzy włoszczyzną i ludzi, którzy nie wiedzą, co kupić. Więc kupują skodę. Najwyraźniej nie wiedzą oni również, jak należy jeździć, bo skoda postanowiła ich w tym wyręczyć. Moja octavia miała jakieś kamery, radary i czujniki, dzięki którym nie musiałem trzymać kierownicy, zmieniać biegów, hamować ani dodawać gazu. Mogłem siedzieć w pozycji medytującego mnicha z Szaolin, a samochód sam zatrzymywał się w sytuacji zagrożenia, przyspieszał, gdy ono znikało, i samodzielnie utrzymywał się na swoim pasie ruchu. Jakaś niewidzialna ręka panów Intela i Celerona dokonywała lekkich ruchów kierownicą nawet na zakrętach! „A co z resztą samochodu?” – zapytacie. No więc jest cichy, komfortowy, bardzo dobrze wykończony, przestronny, bezpieczny, dynamiczny, oszczędny, całkiem przystojny oraz wyrafinowany jak życie seksualne 90-latka.

Reklama
Jak zapewne zdążyliście się zorientować, w ciągu 25 lat Skoda dokonała postępu porównywalnego wyłącznie z przejściem od rycin na ścianach jaskiń do programowania komputerowego. Identycznie sprawa wygląda w przypadku innych marek. Gdy dekadę temu jeździłem audi bądź bmw z mocarnym dieslem, nawigacją, funkcją masażu w fotelach, automatyczną skrzynią biegów, dyskiem twardym na muzykę i regulowanym zwieszeniem, byłem pewien, że motoryzacja dojeżdża do ściany, za którą nic już nie ma. „Owszem, zawsze można dołożyć jeszcze kilka koni mocy i uciąć parę tysięcznych sekundy w przyspieszaniu do setki. Ale przecież nie można z generacji na generację dokonywać technologicznej rewolucji!” – myślałem w poniedziałek. A już we wtorek okazywało się, że owszem – można. Aktualnie dowolny model Mercedesa posiada na wyposażeniu więcej radarów niż cała Polska armia. Każdy nowy lexus ma tyle kamer, że James Cameron mógłby nakręcić dzisiaj „Titanica” przy wykorzystaniu tylko jednego auta. Najnowsze volkswageny łączą się z internetem, a ich systemy nawigacyjne wykorzystują mapy satelitarne Google’a. A ostatnio w ręce wpadło mi volvo, które uruchomiłem za pośrednictwem iPhone’a. Siedząc na kanapie. Chciałem, żeby się rozgrzało, zanim do niego wsiądę.
W świetle tego wszystkiego bardzo ciężko jest sprostać wyzwaniu, jakie postawił przede mną szef magazynu. „Napisz o tym, jak będą wyglądały samochody za 25 lat” – powiedział. Na miłość boską, skąd niby mam to wiedzieć? Nowa Octavia wjeżdżała na rynek w piątek, a ja jeszcze w czwartek wieczorem nie byłem w stanie przewidzieć, że będzie umiała sama hamować! A teraz mam wybiec w przyszłość o ćwierć wieku?! Jedyne, co wiem, to że wówczas będę miał prawie 60 lat, w związku z czym – abym w ogóle mógł prowadzić – przednia szyba mojego auta powinna mieć przynajmniej 2,5 dioptrii. W schowku przydałby się aparat tlenowy i respirator, a w podłokietniku trzy oddzielne pojemniczki: na mocz, viagrę i sztuczną szczękę (bo w tym wieku naprawdę nie da się przewidzieć, kiedy któryś z nich może się przydać). I to już wszystko. Z mojego punktu widzenia tylko takich rzeczy będę potrzebował w aucie za 25 lat. Cała reszta może zostać po staremu. Ale nie zostanie, więc chociaż spróbuję pofantazjować na temat samochodów A.D. 2040.
Skoda
Będzie reklamowała się hasłem: „Naszym autem możesz jeździć zatankowany do pełna”. Skoro już dzisiaj jej auta same przyspieszają, hamują i utrzymują się na pasie ruchu, to można przyjąć, że za pięć kolejnych generacji wystarczyło będzie położyć się na tylnej kanapie i wybełkotać „Doooo duszego pokoju proszzzzee”. Resztę zrobią za nas siłowniki i procesory. A gdy po drodze zatrzyma nas policja, to najwyżej będzie mogła aresztować komputer pokładowy, a punkty karne przypisze producentowi. Wśród przedstawicieli handlowych skoda stanie się jeszcze popularniejsza – będą mogli pracować na bani. Znienawidzą ją natomiast taksówkarze – bo pozbawi ich pracy.
BMW
Dawniej było synonimem dobrej zabawy za kierownicą, ale z każdą nową generacją ten synonim się dezawuuje (przynajmniej jeżeli chodzi o podstawowe modele i wersje silnikowe). Odpowiedzialny jest za to downsizing, czyli trend zmniejszania pojemności silników przez Niemców. Sądząc po tym, z czym obecnie mamy do czynienia w sportowym i8 (trzycylindrowy silnik benzynowy o pojemności zaledwie 1,5 litra plus motor elektryczny), niewykluczone jest, że w przyszłości najlepsze modele marki będą miały pod maską jednostki z robotów kuchennych generujące ok. 5000 koni mechanicznych. Przyspieszenie będzie zdzierało skórę z twarzy, a za dźwięki godne obecnych motorów V8 odpowiadał będzie zestaw głośników zamontowanych w miejscu układu wydechowego. Bardzo podobnych wrażeń dostarczy nam granie na PlayStation 8, Xbox Five, iPhone 24s lub Samsung Galaxy S57. Jednym słowem, sześciolatki będą zachwycone, ale fani motoryzacji w jej klasycznej postaci poczują się, jakby ktoś z BMW dźgnął ich nożem prosto w serce.
Fiat
Włosi pomalują model 500 na niebiesko, a jego siedzenia przeszyją czerwoną nitką. Nazwą to „limitowaną wersją specjalną”, pokażą na targach pomiędzy opalonymi nogami Miss Sycylii i z wrodzoną sobie skromnością oświadczą, że właśnie wyznaczyli nowy kierunek rozwoju motoryzacji.
Toyota
Jako pierwsza wprowadzi na rynek seryjne auto zasilane ogniwami wodorowymi, co dla całego świata szybko okaże się katastrofalne w skutkach. Aby otrzymać wodór potrzebny do jeżdżenia, będziemy zużywali bardzo dużo wody. Tak dużo, że stanie się ona cenniejsza niż ropa. Prysznic weźmiemy pod warunkiem, że najpierw sprzedamy swoje płuco albo nerkę. A żeby zaparzyć filiżankę herbaty, będziemy potrzebowali kredytu. Wówczas toyoty przestaną się sprzedawać. A ludzie zaczną ustawiać się w kolejkach po fiaty 500.
Audi
Muszę przyznać, że hasło reklamowe marki „Vorsprung durch Technik” (Przewaga dzięki technice) znakomicie oddaje charakter jej aut. W przyszłości własne audi będziemy składali jak komputer – zamiast podwozia będziemy mieli płytę główną, a zamiast: „jaki silnik pan sobie życzy”, sprzedawcy będą pytali o preferencje dotyczące procesorów, dysku twardego i karty graficznej odpowiedzialnej za wyświetlanie obrazu na wielkim telebimie zastępującym przednią szybę. W razie potrzeby z pokładu modelu A6 z 2040 r. będzie można sterować ruchem na lotnisku w Monachium i zarządzać pracą elektrowni atomowych. A podczas zwykłej drogi do pracy wystarczy jedno kliknięcie, aby na ekranie nawigacji zobaczyć sąsiadkę pod prysznicem.
Dacia
Pojawią się nowe silniki i rozwiązania. Nowe, czyli takie, które z Renault wycofano w 2015 r.
Volvo
Szwedzi już rozpoczęli realizację planu, który zakłada, że po 2020 r. żaden z ich nowych samochodów nie spowoduje wypadku. Już za pięć lat wszystkie modele tego producenta oplecione będą siecią kamer, radarów i czujników, które będą decydowały za kierowcę o tym, kiedy należy hamować, przyspieszać i skręcać. Wyłącznie kwestią czasu pozostaje to, kiedy w schowkach wszystkich volvo na wyposażeniu seryjnym pojawi się drukarka, która automatycznie wypluje z siebie mandat za każdym razem, gdy przekroczymy prędkość o 0,1 km/h. Jeszcze bardziej prawdopodobne jest, że prędkości w szwedzkich autach w ogóle nie będzie można przekraczać – już dziś z dużą skutecznością rozpoznają one znaki drogowe, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by za chwilę wprowadzić limit kilometrów na godzinę. Choćbyście dusili gaz w podłodze, w centrum miasta nie pojedziecie szybciej niż 30 km/h. A jeżeli do głowy przyjdzie wam na własną rękę pogmerać w komputerze, który o tym wszystkim decyduje, w pięć minut przyjadą do was ludzie w czarnych kominiarkach z napisem „Volvo Seals” i bez ostrzeżenia strzelą wam prosto w łeb. Za stwarzanie zagrożenia dla bezpieczeństwa.
Citroen
Jego auta już wyglądają jak z roku 2040, więc szefostwo marki podobno postanowiło zwolnić z pracy wszystkich projektantów. Oszczędzone w ten sposób pieniądze wpompuje w promowanie linii DS – chce nas przekonać, że to nie citroen. A to mniej więcej tak, jakby przekonywać, że nietrzymanie moczu to nie choroba, tylko błogosławieństwo, dzięki któremu cały czas mamy ciepło w gaciach.
Ford
W 2003 r. Mercedes zaprezentował światu pierwszą siedmiobiegową skrzynię automatyczną do aut osobowych. Parę lat później Lexus podniósł poprzeczkę o jeden bieg, a do dziewiątki dobił m.in. Jeep. Z kolei Ford już podobno patentuje rozwiązanie o 11 przełożeniach. W tym tempie za 25 lat w samochodach będziemy mieli do dyspozycji 19 biegów. To duże wyzwanie dla inteligencji komputerów sterujących ich zmianą, szczególnie tych w fordach: „Hm... kierowca właśnie wdepnął pedał gazu do oporu. Co robić? Zredukować z czternastki do trzynastki czy dwunastki? A może lepsza będzie dziesiątka? Nie, wrzucam ósemkę. Albo nie, lepiej jedenastkę. Chyba jednak zostanę na czternastce. O, zdjął nogę z gazu! To niech będzie osiemnastka. Albo siedemnastka. Zresztą nieważne, bo właśnie się rozsypałam”. Z drugiej strony ford będzie najbezpieczniejszym autem dla młodych kierowców. Po pierwsze, za ćwierć wieku system edukacji będzie na tak żenująco niskim poziomie, że rzadko który 15-latek będzie umiał policzyć do dziesięciu bez kalkulatora. A na dziesiątym biegu ford pojedzie maksymalnie 90 km/h. Po drugie, już dziś do fiesty można zamówić system, który nie pozwoli naszej latorośli przekroczyć zadanej prędkości. Biorąc to wszystko pod uwagę i dodając to, że auta przyszłości mają wiedzieć lepiej niż kierowca, kiedy przyspieszać, hamować i skręcać, to prawo jazdy wydaje się kompletnie niepotrzebne. Myślę, że już za 10 lat nikt nie będzie musiał zdawać testów, bo nawet najtańszy yaris i fabia będą mądrzejsze niż egzaminatorzy.
Mercedes
To jedna z niewielu marek, która co jakiś czas stara się przewidzieć, jak będą wyglądały samochody przyszłości, a jej przepowiednie nabierają realnych kształtów. Mercedes future track to jeżdżąca autonomiczna ciężarówka, która już w 2025 r. ma być w stanie samodzielnie – bez udziału kierowcy – dotrzeć z punktu A do B. Wygląda więc na to, że pracę stracą tirowcy. A także szoferzy, bo kolejny wóz przyszłości według Mercedesa to F015, czyli salon na kołach. Salon w tym sensie, że „kierowca” może włączyć autopilota, odwrócić się tyłem do kierunku jazdy i rozegrać ze współpasażerami partyjkę brydża, popijając przy tym całkiem legalnie 30-letniego hennessy’ego. W ultraluksusowych warunkach rzecz jasna. W tym miejscu należy wspomnieć, że koncepcja zarówno Mercedesa, jak i innych producentów zakłada, że w przyszłości samochody będą się ze sobą stale komunikowały – informowały wzajemnie o zagrożeniach na drodze, prędkości, z jaką jadą, którym pasem, w jakiej odległości od siebie etc. To oznacza, że po autostradach autonomiczne pojazdy mogłyby się poruszać bezpiecznie z prędkościami grubo przekraczającymi 200 km/h. PKP Intercity już może pakować manatki i przerabiać pendolino na żyletki.
Ferrari, Lamborghini, McLaren
Przestaną robić samochody, a zaczną budować teleporty przenoszące w czasie.
Kia i Hyundai
Dawno temu jeździłem kią cerato, a następnie hyundaiem getzem i były to przerażające doświadczenia. Coś z pogranicza polewania otwartego złamania piszczeli jodyną i oberwania krążkiem hokejowym prosto między nogi. Dziesięć lat od tamtej chwili nie mogę się nadziwić, jakiego postępu dokonali Koreańczycy. Owszem, ich samochody delikatnie jeszcze odstają od europejskiej czołówki, ale wydaje mi się, że za 10 lat oba obozy będą szły łeb w łeb. A za ćwierć wieku Hyundaia traktowali będziemy na równi z Volkswagenem. Kia zaś będzie Skodą, tylko z trochę większym polotem. Jej samochodami będziemy jeździli z chęcią nie tylko po pijaku.