Przygotowanie planów transportowych do końca tego roku jest z czysto technicznych powodów zupełnie nierealne – alarmują samorządowcy i eksperci.
Gminy jeszcze nie ruszyły, a już wiedzą, że nie zdążą. Tak można podsumować nastroje, które panują wśród samorządowców i ekspertów po przedstawieniu przez Ministerstwo Infrastruktury proponowanych terminów na dostosowanie się do projektowanych przepisów ustawy o publicznym transporcie zbiorowym. Zgodnie twierdzą, że kilka miesięcy na przeprowadzenie badań popytu wśród pasażerów transportu publicznego, konsultacje społeczne, opracowanie dokumentów to zdecydowanie za mało.
ikona lupy />
Dziennik Gazeta Prawna
Najbliższa data, która już wzbudza nie lada emocje, to 31 grudnia tego roku. To i tak postęp: w poprzedniej, lutowej wersji projektu termin ustalono na koniec maja. Teraz do końca lipca samorządy muszą przygotować plany transportowe, o których mowa w art. 12 projektowanej ustawy. Po planowanych zmianach obowiązek ten spoczywałby już nie tylko na gminach powyżej 50 tys. lub powiatów powyżej 80 tys. mieszkańców jak dziś, ale na wszystkich jednostkach.
To konsekwencja pomysłu resortu, by samorządy ogłaszały przetargi na obsługę nie tylko wybranych i rentownych linii komunikacyjnych, ale całych pakietów, w których popularne trasy byłyby połączone z tymi mniej obleganymi. Dzięki temu miałyby zniknąć białe plamy na transportowej mapie Polski, które powstają tam, gdzie przewoźnicy nie chcą jeździć, bo nie widzą perspektyw zysków. Po zmianach wyłoniona w przetargu firma musiałaby obsługiwać również te nierenowne linie.
Aby to było możliwe, konieczne jest rozróżnienie jednych tras od drugich. W praktyce oznacza to m.in. prowadzenie badań popytu i podaży wśród pasażerów, mierzenie potoków pasażerskich w określonych przedziałach czasowych w ciągu doby i w poszczególnych dniach tygodnia. Przeprowadzą to i opłacą samorządy.

Poślizg nieunikniony

Przygotowanie dobrego merytorycznie planu transportowego w kilka miesięcy może być nie lada wyzwaniem. Zwłaszcza dla samorządów, które do tej pory nie opracowywały takich dokumentów.
Zdaniem przedstawicieli Izby Gospodarczej Komunikacji Miejskiej proponowane terminy nie uwzględniają technicznych możliwości uchwalania planów, które muszą być poprzedzone opracowaniem projektów i konsultacjami społecznymi. W pierwszym przypadku może to trwać ok. 60 dni, w drugim minimum 21.
Eksperci zwracają też uwagę, że termin 31 grudnia byłby nierealny, nawet gdyby ustawę przyjęto na pierwszym powakacyjnym posiedzeniu Sejmu, czyli 11–14 września, a później przeszłaby ona bez zmian przez Senat, a prezydent błyskawicznie by ją podpisał. Nawet w takim układzie samorządom i tak zostałoby około trzech miesięcy na przygotowanie dokumentów.
Tymczasem wcale nie jest takie pewne, czy wszystko odbędzie się bez legislacyjnych przeszkód. Zwłaszcza że obecny projekt w wielu miejscach ma się nijak do propozycji sprzed kilku miesięcy i może się jeszcze zmienić na dalszym etapie prac. Innymi słowy – lokalni włodarze nie wiedzą, czy przedstawiona właśnie wersja przepisów rzeczywiście będzie tą ostatnią, z której wykonania ustawodawca ich rozliczy.
Wielu samorządowców ma teraz dylemat: Ekspresowo zakontraktować badania popytu i niechybnie za to teraz przepłacić (firmy świadczące takie usługi wiedzą, że gminy są na musiku i stosownie podnoszą ceny). Albo sobie to w ogóle darować i zorganizować transport z inną gminą miejską lub miejsko-wiejską. – Ale tym sposobem zrezygnują z dopłat do ulg, które nie przysługują w przypadku komunikacji miejskiej – mówi Bartosz Jakubowski, ekspert ds. transportu Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego.
Obawia się też, że szanse na spełnienie wymogów ustawy mają tylko te samorządy, które już mają plan transportowy, realizują przewozy i dysponują danymi o przewozach pasażerów.
– Zapewne wiele z nich po prostu skopiuje swoje dotychczasowe rozwiązania i tylko wstawi aktualne dane. Tylko czy o to w tej reformie chodziło? – pyta retorycznie ekspert.

Nowe wymagania

Ustalenie popytu i podaży na usługi transportowe na danych liniach to jednak tylko jeden z wymogów, które muszą być zawarte w planie zrównoważonego transportu. Kolejnym wymaganym elementem będzie również przedstawienie rozkładu sieci komunikacyjnej, która będzie niezbędna do zaspokojenia potrzeb przewozowych społeczności.
Czym różni się ten wymóg od badań popytu i podaży na poszczególnych liniach? – Potrzeby przewozowe są pojęciem szerszym. Uwzględnione w nich są nie tylko obecne trendy, ale również potencjalne zainteresowanie transportem zbiorowym u osób, które z komunikacji nie korzystają, bo np. mieszkają zbyt daleko od przystanku. – wyjaśnia Marcin Gromadzki z Public Transport Consulting.
Ekspert podkreśla przy tym, że ten wymóg również może znacząco opóźnić uchwalenie planów. – Cykl badawczy dotyczący potrzeb przewozowych na danym terenie obejmuje zazwyczaj okres około roku. Jak więc przeprowadzić takie badania i uwzględnić ich wyniki w planie transportowym, który ma powstać do 31 grudnia 2018 r.? – ironizuje Marcin Gromadzki.

Wątpliwe uproszczenia

Chociaż ministerstwo twierdzi, że nowe obowiązkowe dokumenty będą mocno uproszczone, a ich przygotowanie nie powinno przysparzać gminom problemu, eksperci mają co do tego wątpliwości.
– To fakt, obecne wymogi są zbyt szczegółowe, często niewiele wnoszą i rzeczywiście zostały w projekcie zredukowane – zauważa Bartosz Jakubowski.
Dodaje, że obecnie jedyną sankcją za brak planu jest ograniczenie długości umowy, jaką można zawrzeć z operatorem do trzech lat. Z kolei według projektu nowelizacji bez uchwalonego planu zawarcie umowy na świadczenie publicznie dostępnych usług przewozowych w ogóle nie będzie możliwe. Teoretycznie obowiązki są więc mniejsze, ale stawka już dużo wyższa, bo nieopracowanie planu oznacza de facto paraliż całego lokalnego transportu.
Ekspert obawia się też, że źle przygotowane plany mogą otworzyć firmom przewozowym furtkę do zgłaszania roszczeń finansowych. – Jeżeli samorząd zbyt optymistycznie przygotuje prognozy, to później przewoźnik, który będzie ponosił straty na takich przewozach z powodu zbyt małej liczby pasażerów, będzie mógł pozywać samorząd o odszkodowanie – zwraca uwagę ekspert.