Jednym z moich zainteresowań – poza nieustannym próbowaniem wprowadzenia tyłu dowolnego auta w poślizg – jest gotowanie. Niestety nie jestem w tym tak dobry, jak w zdzieraniu tylnych opon, w związku z czym żaden z producentów garnków, piekarników, noży, sztućców i desek do krojenia nie zaprasza mnie na prezentacje nowych modeli na Sardynię. A nawet nie pozwala mi ich testować we własnej kuchni. Muszę zatem kupować wszystko sam.
Niedawno zapragnąłem zostać właścicielem multifunkcyjnego superhiperodjazdowego robota kuchennego. W nazwie miał słowo „szef”, wyglądem przypominał głowę predatora, w którą ktoś wbił trzepaczkę do jajek, i kosztował tyle, co mały domek na wsi. Producent, którego nazwa trochę kojarzy się z ekskluzywnym paryskim nocnym klubem Moulin Rouge (co dodatkowo zapowiadało dobrą zabawę), zapewniał, że to jedno cudowne urządzenie robi tyle, co dziesięć innych: miesza, ugniata, trze, miksuje, ubija, miele, wciska i wyciska, wałkuje, a nawet pieli ogródek i masuje kark. Innymi słowy: że jest idealnym kompromisem w przypadku, gdy nie macie ochoty zagracać sobie domu, a jednocześnie chcecie szybko i sprawnie przygotować sernik z bezą na spodzie brownie, lody tahini albo lasagne z dynią i ricottą.
Gdy rozpakowywałem pudło kryjące to wspaniałe urządzenie, byłem podekscytowany nie mniej niż Charlie Sheen na widok porcji kokainy na pośladku prostytutki. I oczywiście natychmiast postanowiłem go wypróbować. Na pierwszy ogień poszło mieszadło planetarne. Szybko zrozumiałem, skąd wzięła się jego nazwa – masę sernikową rozrzucało dosłownie po całej planecie. Maszynka do mielenia mięsa okazała się tak słaba, że miała problem z przerobieniem rozgotowanej marchewki; sokowirówka z kilograma jabłek wycisnęła mniej więcej trzy krople nektaru, a blender wpadał w tak duże wibracje, że rejestrował je sejsmograf w Suwałkach.