- Nikogo nie złapałem za rękę, ale czasem można odnieść wrażenie, że celowo utrzymywany jest bałagan, by tylko niektórzy mogli się wzbogacić - mówi w wywiadzie dla DGP Paweł Rybiński, adwokat specjalizujący się w sprawach reprywatyzacyjnych, były dziekan warszawskiej Okręgowej Rady Adwokackiej.
Reklama
Przejmowanie kamienic za grosze, handel roszczeniami, niejasne powiązania urzędników z prawnikami. Tak w odczuciu opinii publicznej wygląda reprywatyzacja. Słusznie?
Z jednej strony tak, ponieważ trudno kwestionować fakty. Z drugiej – to, co się dzieje, to jednak wyłączna wina zaniedbań legislacyjnych i administracyjnych. Musimy zdać sobie sprawę z tego, że Polska jest jedynym postkomunistycznym państwem tego regionu, poza Białorusią i Ukrainą, które nie rozwiązało problemu reprywatyzacyjnego.

Reklama
To, że handel roszczeniami funkcjonuje, nie jest winą kupujących, a tym bardziej sprzedających. Jest winą systemu. Nabywca w pewnym sensie zresztą wykonuje funkcję odszkodowawczą państwa wobec człowieka, który nie jest w stanie zrealizować roszczenia zwrotowego albo musiałby czekać na tę realizację dwadzieścia lub więcej lat.
Nie czuje się pan zatem uczestnikiem dzikiej reprywatyzacji?
Wybitnie krzywdzące jest twierdzenie, że „reprywatyzacja to patologia”. Prowadzę liczne postępowania administracyjne i sądowe na podstawie obowiązujących, dalece niedoskonałych, przepisów, z należytą starannością i pełnym zaangażowaniem. Ponadto, co istotne, na podstawie dokumentów, co do prawdziwości których nie mam żadnych wątpliwości. Celem moich działań jest w istocie naprawienie zadawnionych krzywd – moja praca daje mi zatem dodatkową gratyfikację moralną i jestem z niej dumny. Podejrzane nabycia spadków, sprawy kończone w kilka tygodni, niejasne personalne powiązania itp. – to się zdarza, trudno kwestionować choćby ostatnie doniesienia mediów. Rzecz w tym, że patologia nie powinna wpływać na losy reprywatyzacji jako takiej, a fakt, że nieprawidłowości miały miejsce, powinien z jednej strony spowodować oczywistą reakcję prawno-karną, z drugiej zaś przyspieszyć zakończenie spraw niebudzących wątpliwości.
Załóżmy, że jestem spadkobiercą po właścicielu gruntu warszawskiego i chcę odzyskać nieruchomość. Na co powinnam się przygotować?
Z praktyki mojej kancelarii wynika, że w sprawach nawet oczywistych trzeba być gotowym na kilkanaście lat procedowania. Dzieci czy wnuki, które odzyskują mieszkania po swoich Naciskrodzicach, czekają na zwroty latami.
Jakiś przykład?
Proszę bardzo. Reprezentujemy córkę wielce zasłużonej polskiej muzykolog, wnuczkę wybitnego profesora, jedynaczkę. W jej sprawie wniosek dekretowy o ustanowienie użytkowania wieczystego mieszkania na rzecz dawno zmarłych rodziców jest rozpoznawany przez prezydenta Warszawy ponad 15 lat. Dlaczego tak długo? Nie mam zielonego pojęcia. Dokumenty są proste i kompletne. Żadne względy prawne nie uzasadniają tak długiego czasu rozpoznania wniosku. Podobnie jest w przypadku potomków polskiego wybitnego rzeźbiarza. Ich sprawa prowadzona jest już ponad 20 lat i nawet początku końca nie widać. Mogę mnożyć przykłady.
A skargi na przewlekłość?
Oczywiście ich złożenie jest możliwe, same jednak powodują przedłużanie spraw. To, że przewlekłość zostanie stwierdzona przez Samorządowe Kolegia Odwoławcze, nie robi zresztą wrażenia na urzędnikach miasta. Między innymi na tym, którego nazwisko jest dziś często przytaczane w mediach.
Mowa o dyrektorze Marcinie Bajko?
Właśnie. Osobiście z jego ust słyszałem zapewnienia, że ratusz się daną sprawą zajmie, i na deklaracjach się kończyło.
Spadkobiercy mogą więc czuć niemoc w zetknięciu z urzędniczą machiną reprywatyzacyjną?
A kto rozsądny sprzedawałby roszczenia do nieruchomości warszawskich za 5, 10, 15 proc. ich wartości, gdyby mógł je faktycznie zrealizować? Nikogo nie złapałem za rękę, ale czasem można odnieść wrażenie, że celowo utrzymywany jest bałagan, by tylko niektórzy mogli się wzbogacić.
To mocna teza. Mówi pan również o swoich kolegach adwokatach?
Czytam w tej chwili o różnych postępowaniach reprywatyzacyjnych i powiem tak: każdy zwrot nieruchomości lub odszkodowanie dla moich klientów poprzedzone były długą walką z urzędnikami.
Niektórym pełnomocnikom idzie to jednak zdecydowanie szybciej. Jak to możliwe?
Nie mam pojęcia. Pamiętajmy, że w kodeksie postępowania administracyjnego mamy dwa terminy. Zgodnie z art. 35 decyzje winny być wydawane bez zbędnej zwłoki, ale nie później niż w ciągu miesiąca, a w przypadku sprawy szczególnie skomplikowanej – nie później niż w ciągu dwóch miesięcy. Nigdy w trakcie jakiegokolwiek z prowadzonych przeze mnie postępowań zwrotowych nie spotkałem się z tym, by organ choćby zbliżył się do tego terminu.
Zdarzyło się, że i pana klienci rezygnowali z walki o zwrot nieruchomości i sprzedawali swoje roszczenia?
Oczywiście, i to niejednokrotnie. Ludzie wiedzą, że nie są nieśmiertelni. Jeszcze za życia chcą przynajmniej częściowo zrekompensować sobie to bezprawie, które ich dotknęło.
A sytuacje, w których od sprzedaży roszczeń do decyzji w sprawie ustanowienia użytkowania mija kilkanaście dni, się zdarzają?
Znam tylko z mediów.
Tak było w przypadku Chmielnej 70 i mecenasa Grzegorza Majewskiego.
Nie chciałbym tego komentować. Nie znam sprawy zbyt dobrze. Mecenas Majewski objął po mnie urząd dziekana warszawskiej rady adwokackiej, jest mi niezręcznie wypowiadać się na temat tej sytuacji.
A zdarzało się panu szukać nabywców roszczeń swoich klientów?
Co do zasady nie, choć miałem niejednokrotnie do czynienia z prawdziwą desperacją moich mocodawców, szczególnie starszych. Chcą cokolwiek pozostawić po sobie dzieciom czy wnukom i raz czy dwa zapytałem zamożnych znajomych, czy by to ich nie interesowało. Nie interesowało.
Dlaczego postępowania zatem tak długo trwają?
Moje prywatne zdanie jest takie, że taka dotąd była wola rządzących. A wiadomo niestety, że w mętnej wodzie tylko niektórzy łowią grube ryby.
Samo unieważnienie decyzji dekretowej przez SKO nie oznacza zatem, że odzyskamy nieruchomość?
Tak naprawdę to początek długiej i wyboistej drogi. Po kolei: stwierdzenie nieważności decyzji dekretowej oznacza, że „odżywa” wniosek o ustanowienie własności czasowej, dziś użytkowania wieczystego. Miasto może ten wniosek rozpoznawać kilka dni bądź wiele lat, w zasadzie dowolnie żonglując terminami. Ponadto nie jest powiedziane, że pozytywna decyzja jest pewna. Może też być to decyzja negatywna wydana na podstawie przesłanki dekretu Bieruta, czyli niemożności pogodzenia zwrotu w naturze z planem zagospodarowania przestrzennego.
W takich przypadkach jest szansa na odszkodowanie.
To prawda. Dochodzi się go na podstawie uchylonego, ale mającego do tych spraw zastosowanie, art. 160 k.p.a. Ten przepis przewiduje jednak zawity termin 3 lat na dochodzenie roszczenia. Dawni właściciele często więc „proszą” miasto, by dało im szansę na drogę sądową i by niezależnie od przesłanek wydało negatywną decyzją zwrotową, bo inaczej grozi im przedawnienie roszczenia. Paradoksalnie – gdy są nieodwracalne skutki prawne, tj. sprzedaż lub oddanie w użytkowanie wieczyste nieruchomości – lepiej uzyskać decyzję nie o stwierdzeniu nieważności decyzji dekretowej, lecz o wydaniu jej z naruszeniem prawa, co pozwala na sformułowanie powództwa odszkodowawczego. To naprawdę gąszcz przepisów i wielkie pole uznaniowe dla urzędników i sądów.
Miasto zadeklarowało, że wywiesi listę kancelarii prawnych zajmujących się sprawami reprywatyzacyjnymi, na niej pewnie znajdzie się i pańska. Jak pan to skomentuje?
Jestem dumny, że pomagam spadkobiercom po właścicielach nieruchomości warszawskich. Wielu z nich jest moimi przyjaciółmi, część krewnymi czy powinowatymi. Nie zgadzam się jednak na to, by miasto tworzyło listy proskrypcyjne. Jest to przykład szczucia ludzi na działające zgodnie z prawem kancelarie prawne, w imię przykrywania nieprawidłowości, których dopuścił się ratusz. I ewentualnie kilka osób, którym powinno się postawić się zarzuty. Ponadto na jakiej podstawie prawnej i gdzie pani prezydent ma zamiar to wywiesić?
Jak ocenia pan decyzję pani prezydent o wstrzymaniu reprywatyzacji?
Jest czystym skandalem. To – jak słusznie państwa redakcja nazwała – waltzowanie prawa. Pani Hanna Gronkiewicz-Waltz powinna się zastanowić, czy nadal chce być uniwersyteckim profesorem prawa. Jawnie bowiem je łamie, nie realizując decyzji administracyjnych. To, że znalazło się kilka nieuczciwych osób – w całej rzeszy działającej zgodnie z prawem – nie jest żadnym uzasadnieniem, by zamknąć wszystkim procedury umożliwiające uzyskanie rekompensat za niesprawiedliwości komunistyczne. Cygan zawinił – kowala powiesili. Retorycznie zresztą zapytam, czy jeśli okaże się, że ktoś wziął nieuczciwie odszkodowanie za grunt wywłaszczony pod drogę, to państwo lub gminy zaprzestaną wypłaty odszkodowań wszystkim innym?