Burmistrz będzie mógł startować na trzecią kadencję, ale musi zrobić sobie przerwę w rządzeniu. PiS łagodzi swoje propozycje dotyczące ograniczenia liczby kadencji w gminach. Dotychczasowy plan zakładał, że lokalni włodarze będą mogli sprawować swoje funkcje najwyżej przez dwie pięcioletnie kadencje (obecnie są 4-letnie, a wybranym na kolejne można być dowolną liczbę razy).
ikona lupy />
dr Stefan Płażek adwokat, adiunkt w Katedrze Prawa Samorządu Terytorialnego Uniwersytetu Jagiellońskiego / Dziennik Gazeta Prawna
ikona lupy />
Jerzy Stępień były prezes TK, współtwórca polskiej samorządności / Dziennik Gazeta Prawna
Propozycje te wzbudziły kontrowersje wśród samorządowców. Dlatego PiS nieco zmienił zdanie. – Rozważana jest opcja, by wójt czy burmistrz mógł dalej kandydować, pod warunkiem że po 10 latach pełnienia urzędu uda się na 5-letnią przerwę – zdradza poseł PiS Szymon Szynkowski vel Sęk. – Jest to jakaś forma kompromisu – dodaje.
– Propozycja wydaje się absurdalna – komentuje Marek Olszewski, przewodniczący Związku Gmin Wiejskich RP. – Kto po 10 latach piastowania urzędu wróci np. do wyuczonego zawodu, a potem znów zdecyduje się kandydować? Naszym zdaniem to wyborcy od początku do końca decydują, czy chcą widzieć wójta na stanowisku – mówi.
Niektórzy samorządowcy już pogodzili się z wizją sprawowania funkcji przez maksymalnie dwie kadencje. – Początkowo się buntowaliśmy, ale panuje coraz większe przekonanie, że gra nie jest warta świeczki. Dziesięć lat to dostatecznie dużo, jeśli ktoś chce rzeczywiście coś zmienić w swoim mieście czy gminie – przyznaje nam jeden z włodarzy zasiadający w Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego.
Jak wynika z naszych ustaleń, w szeregach PiS nie ma jednak zgody co do tego, kiedy nowe ograniczenia miałyby zacząć obowiązywać. Opcje są dwie: albo od najbliższych wyborów samorządowych w 2018 r. (wówczas każdy wójt, burmistrz czy prezydent miasta startujący na trzecią kadencję musiałby z automatu zrezygnować z udziału w elekcji), albo dopiero od roku 2028 (czyli dopiero po dwóch 5-letnich kadencjach liczonych od 2018 r.).
Zdaniem posła Szynkowskiego vel Sęka zbyt szybkie wprowadzenie zmian może być uznane za niekonstytucyjne. – Powinna być zastosowana zasada „tabula rasa”: wszyscy startują w najbliższych wyborach na równych zasadach i od tego momentu dopiero zaczynamy liczyć dwie kadencje – tłumaczy poseł.
Innego zdania jest jego partyjny kolega Marcin Horała. – Jeśli uważamy, że ograniczenie liczby kadencji jest czymś słusznym, to nie ma co czekać na wprowadzenie zmiany – przekonuje. Co w takim razie z zarzutem niekonstytucyjności takiego pospiesznego działania? – Prawo działałoby wstecz, gdybyśmy uznali, że decyzje np. prezydenta miasta podjęte w trzeciej i kolejnej kadencji są nieważne. Tak przecież nie będzie. Chodzi o nowe reguły gry, do których wszyscy powinni się dostosować w przyszłości – wyjaśnia.
Jak do tych pomysłów nastawiona jest Platforma Obywatelska? Nieoficjalnie wiadomo, że prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak, który jako jedyny samorządowiec znalazł się w radzie programowej Platformy, jest zwolennikiem dwóch 5-letnich kadencji. Na razie partia odcina się od tych propozycji.
– Ostatecznego stanowiska w tej sprawie jeszcze nie ma. Trzeba mieć na względzie, że inna jest specyfika dużych miast i małych gmin – mówi Jan Grabiec z PO. Jak dodaje, raczej nie wchodzi w grę możliwość poparcia przez jego ugrupowanie pomysłu, by obecnie funkcjonujący włodarze nie mogli startować w najbliższych wyborach na trzecią kadencję.
OPINIE
To dobry pomysł. Ograniczenie kadencyjności może być odczytywane jako naruszenie pewnych praw obywatelskich. Ktoś mógłby powiedzieć, że wygląda to jak model putinowski, ale byłoby to nadużycie. Celem ordynacji samorządowej jest to, by wójt nie starał się o trzecią kadencję przy użyciu środków publicznych i z pomocą sztabu podległych mu urzędników. Jeśli ktoś taki będzie miał przerwę, będzie potem startował jak każdy inny obywatel. Uważam, że nowe zasady można by wprowadzić już od kolejnych wyborów w 2018 r. Nie naruszałoby to żadnych praw nabytych wójtów czy burmistrzów. Oni nie nabyli żadnych praw do bycia na swoich stanowiskach, lecz co najwyżej nadzieję, że zostaną wybrani na kolejne lata.
Pytanie, w imię czego wydłużać kadencje lokalnych włodarzy z czterech do pięciu lat. Zwłaszcza jeśli skutkiem tego będzie konieczność przeprowadzania osobnych wyborów do rad gmin.
Co do zasady jestem przeciwnikiem bezpośrednich wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów. Problemem jest to, że w gminie, powiecie i województwie włodarze są jednocześnie szefami urzędów. Takie rozwiązanie zmarginalizowało rolę rad. W państwach demokratycznych powinna być rozdzielność stanowisk politycznych i administracyjnych. Nikomu nie przyjdzie przecież do głowy, by np. poseł był szefem kancelarii Sejmu.
Jeśli chodzi o pomysły PiS na ograniczanie liczby kadencji, idą one w dobrym kierunku, choć nie załatwia to największego problemu, bo pięcioletnia przerwa niekoniecznie przetnie sieć powiązań, w jakie uwikłany może być wójt. Uważam też, że nie można zmian wprowadzać już w 2018 r. Prawo nie powinno działać wstecz i nie można z góry zakazać komuś kandydowania tylko dlatego, że robił to wcześniej. Zakaz startowania na trzecią kadencję powinien obowiązywać dopiero od 2028 r.