Duże miasta chcą kolejnych odstępstw od zasad udzielania zadań własnym przedsiębiorstwom. Prywatne firmy liczą jednak, że parlament powstrzyma te zapędy.
Samorządy będą mogły zlecać swojej spółce odbiór śmieci bez przeprowadzania przetargu. Taką zmianę do ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach wprowadza nowelizacja prawa zamówień publicznych, którą zaproponował rząd. Przedstawiciele prywatnych firm protestują. Samorządowcy uważają, że zmiany powinny iść jeszcze dalej.
Ostrzejsze wymogi
Unia Metropolii Polskich (UMP) przedstawiła opinię, w której domaga się, by do prawa wprowadzić zasady in-house (zlecania zadań własnym podmiotom bez przetargu), jakie wynikają bezpośrednio z unijnej dyrektywy. – Stoimy na stanowisku, że należy dyrektywę zastosować literalnie, bez kolejnych eksperymentów i odstępstw – wskazuje UMP. Wyjaśnia, że pierwotny projekt zawierał zapis, zgodnie z którym regulacje wynikające z zamówień publicznych nie są stosowane przy trybie in-house. W trakcie prac rząd doprecyzował, że będzie można z niego skorzystać pod pewnymi warunkami.
Co rząd brał pod uwagę, decydując się na in-house? / Dziennik Gazeta Prawna
– Dyrektywa wyłącza zamówienia in-house spod obowiązku stosowania przepisów dotyczących zamówień publicznych. Natomiast proponowana nowelizacja zmieniła in-house jedynie w przesłankę zastosowania trybu zamówienia z wolnej ręki. Zasadna jest wątpliwość, czy taka zmiana byłaby zgodna z porządkiem prawnym UE – wskazuje UMP w opinii.
Oznacza to, że samorząd, który będzie chciał z tej możliwości skorzystać, musi opublikować ogłoszenie o zamówieniu in-house oraz wskazać na spełnianie przesłanek do wyboru tego trybu. Będzie to podlegało sprawdzeniu.
Zdaniem ekspertów taki zapis może budzić wątpliwości. – Dyrektywa wskazuje, że wyłącza in-house z zamówień publicznych. Tymczasem polski prawodawca określa go jako jeden z trybów zamówienia publicznego – wyjaśnia Maciej Kiełbus, Kancelaria Ziemski & Partners w Poznaniu.
Sprzeciw samorządowców budzi też regulacja odnosząca się do zwiększonego o 10 proc. (z 80 proc.) – w porównaniu z unormowaniem dyrektywy – udziału samorządu w spółkach, którym będzie można zlecić zadanie w trybie in-house. Przedstawicieli nie przekonuje argument Ministerstwa Rozwoju, że państwo członkowskie związane jest tylko samym zakresem dyrektywy, zaś podwyższenie procentu kontrolowanej działalności ma na celu stworzenie modelu „uwzględniającego strukturę sektora publicznego w Polsce, a zarazem otwartego na konkurencję”.
– Propozycja rządu jest kompromisem, dlatego nie będziemy bić się o 10 proc. Nasze spółki spełniają warunki określone w projekcie ustawy – Prawo zamówień publicznych. W trakcie parlamentarnych prac nad ustawą zaproponujemy drobne korekty – mówi Andrzej Porawski, dyrektor biura Związku Miast Polskich.
Niezadowolone firmy
Proponowanym zmianom sprzeciwiają się przedstawiciele prywatnych firm. – Ten projekt pokazuje, jaki jest rzeczywisty cel rządu – rekomunalizacja usług publicznych, czyli rezygnacja z ich realizacji za pośrednictwem podmiotów prywatnych. In-house powinien być wykorzystywany tylko wyjątkowo, gdy nie ma konkurencji. W przypadku rynku odpadów taka sytuacja nie występuje – ocenia Dariusz Matlak z Polskiej Izby Gospodarki Odpadami.
Eksperci obawiają się, że proponowane zmiany spowodują chaos. Już teraz niektóre samorządy wyczekują na nową ustawę o zamówieniach publicznych, która zwolni je z obowiązku przeprowadzania przetargów. Będą też mogły szukać sposobów na rozwiązanie obecnych umów zawartych z prywatnymi podmiotami na odbiór śmieci. Dodatkowy powód może dać im nowelizacja ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę, nad którą pracuje rząd. Wprowadza ona stawkę 12 zł za godzinę w przypadku zleceniobiorców. Przewiduje możliwość renegocjacji umów zawartych z firmami, które wygrały w przetargach. Jeżeli organ publiczny nie dogada się z przedsiębiorcą, każda ze stron będzie mogła zerwać kontrakt.
Nadzieja umiera ostatnia
Przedstawiciele firm wierzą jednak, że nie dojdzie do wejścia w życie zmiany zaproponowanej przez rząd. Szanse na to, że władza wycofa się z propozycji wprowadzenia in-house’u, są jednak bliskie zeru. Już na etapie prac nad projektem Ministerstwo Rozwoju było przeciwko wprowadzeniu tego rozwiązania w ramach ustawy o zamówieniach publicznych, którego jest autorem. Jednak w końcowej fazie ostatecznie ugięło się pod presją Ministerstwa Środowiska. Wskazało ono, że w innych krajach europejskich samorządy też nie mają obowiązku udzielania zamówień publicznych. – Dlatego w rządowym projekcie zostawiamy dowolność, samorządy, które będą chciały, nadal będą mogły przeprowadzać przetargi. To gminy będą musiały wykazywać zwiększone poziomy odzysku i recyklingu odpadów oraz zmniejszyć składowanie ich na wysypiskach, dlatego powinny mieć odpowiednie do tego narzędzia – argumentuje wiceminister środowiska Sławomir Mazurek.
Firmy nie mogą liczyć na wsparcie wśród posłów. Równolegle do prac na projektem noweli o zamówieniach publicznych parlament zajął się poselską nowelą o utrzymaniu czystości i porządku w gminach, której cel jest analogiczny – zrezygnowanie z obowiązkowych przetargów na odbiór śmieci. Na posiedzeniu sejmowej komisji w ubiegłym tygodniu została skierowana do dalszych prac w podkomisji.
– Jeszcze taka decyzja nie zapadła, ale byłoby racjonalne, aby nad tymi projektami pracować wspólnie. Taką też propozycję złożyłem – mówi Czesław Sobierajski, poseł PiS.
– Jeżeli nasze racjonalne argumenty nie zostaną wysłuchane, jedyne, co nam pozostaje, to wyjście na ulice – zapowiada Matlak.
Etap legislacyjny
W trakcie prac sejmowych