Składowiska odpadów, które nie spełniają wymogów unijnego prawa, powinny być zamknięte do końca 2009 roku. Funkcjonują do dziś, choć zagrażają zdrowiu okolicznych mieszkańców.
Takie niepokojące wnioski płyną z najnowszego raportu Najwyższej Izby Kontroli, która nie pozostawiła suchej nitki na organach odpowiedzialnych za stan środowiska w naszym kraju.
Reklama
Nawet unia nie poradziła

Reklama
Problem sięga sześciu lat wstecz. W związku z dyrektywą Rady 1999/31/WE w sprawie składowania odpadów Polska zobowiązała się, że do końca 2009 r. zamknie wszystkie składowiska, które nie zostaną dostosowane do unijnych wymagań. Tymczasem do dziś 20 tego typu obiektów formalnie nie zostało zamkniętych.
– Na niektórych powstają wręcz duże dzikie wysypiska – alarmują kontrolerzy Najwyższej Izby Kontroli.
Wszystko wskazuje na to, że za te wieloletnie zaniedbania odpowiadają urzędnicy. Najwięcej pretensji kontrolerzy mają do starostów, którzy mieli dopilnować dostosowywanie składowisk do unijnych wymogów. Często jednak nie wydawali decyzji w tych sprawach, a nawet jeśli to zrobili, wówczas nie określali w nich precyzyjnych wymagań, jakie mają spełnić te miejsca. Zresztą w praktyce miało to i tak drugorzędne znaczenie, gdyż w większości skontrolowanych przez NIK przypadków starostowie, nawet jeśli wydali decyzje, to i tak nie egzekwowali ich wykonania – nie sprawdzali, czy składowiska są dostosowywane i nie karali zarządców tych, które przepisów nadal nie spełniały. Co więcej, dochodziło do sytuacji, gdy samorządowcy swoimi decyzjami legalizowali działanie miejsc, które dawno należało zamknąć. Przykład z gminy Jaraczewo – zgodnie z decyzją starosty jarocińskiego, tamtejsze składowisko miało zakończyć działalność 31 grudnia 2009 r. Na dwa tygodnie przed upływem tego terminu zarządzający obiektem wystąpił do starosty z wnioskiem o możliwość prowadzenia działalności do końca 2012 r. Starosta przystał na tę prośbę, tłumacząc potem, że „decyzja ostateczna może być w każdym czasie za zgodą stron zmieniona lub uchylona przez organ administracji publicznej, który ją wydał”.
Starostowie przyznają nam, że zaległości i niedociągnięć jest sporo, ale od razu dodają, że nie jest to efekt ich złej woli. – Nie zależy nam na jakimś sabotażu. Dostosowywanie wysypisk, ich zamykanie i monitoring jest złożonym procesem. Starostowie mają na głowie szpitale, które tracą płynność finansową, czy utrzymywanie domów pomocy społecznej będących często w opłakanym stanie.
– Pewne rzeczy, także związane z ochroną środowiska, staramy się robić w sposób wyważony i ciągły. Być może okres na dostosowanie wysypisk do unijnych wymogów był zbyt krótki – tłumaczy enigmatycznie starosta ostrzeszowski Lech Janicki.
Zabrakło pieniędzy na likwidację
Aby przyspieszyć likwidację, w 2010 r. wprowadzono przepis umożliwiający zamykanie z urzędu tych składowisk, które nie zostały dostosowane do nowego prawa – wcześniej nie można było tego zrobić, dopóki zarządzający sami nie wystąpili z wnioskiem w tej sprawie. Po zmianie prawa marszałkowie województw mieli pół roku na wykonanie ekspertyz, na podstawie których składowiska miały być zamykane. Samorządowcy jednak ich nie wykonywali. Powód? Administracja rządowa zleciła to zadanie bez przekazania odpowiednich funduszy. To zdaniem kontrolerów NIK jednak nie tłumaczy bezczynności marszałków. Mogli oni – co podkreślają kontrolerzy – walczyć o brakujące środki w sądach. Żaden jednak nie zadał sobie tego trudu. W efekcie składowiska nadal są zamykane na starych zasadach, a więc dopiero wtedy, gdy chce tego zarządzający obiektem.
Zdaniem dr. Macieja Kiełbusa z kancelarii prawnej Dr Krystian Ziemski & Partners, trudno się dziwić marszałkom, że nie byli i nie są zainteresowalni realizacją swoich zadań. – Pieniądze na ekspertyzy czy likwidację składowiska musieliby wydać z budżetu województwa, a dopiero potem mogliby pozwać Skarb Państwa i przez ileś lat toczyć spór przed sądem o zwrot poniesionych kosztów – zauważa Maciej Kiełbus. – Przy czym chciałbym podkreślić, że brak pieniędzy nie zwalnia samorządów z realizacji zadań zleconych – dodaje.
To już nie pierwszy raz, gdy NIK przygląda się tematyce śmieciowej. W poprzedniej Izba udowodniła, że dzikich wysypisk zamiast ubywać – przybywa. W skontrolowanych gminach na koniec 2013 r. było ich 894, a we wrześniu 2014 r. już 1452, czyli o ponad 60 proc. więcej. Tendencję wzrostową potwierdzają także dane GUS oraz Ministerstwa Środowiska.