Nie ma się co dziwić, że samorządowi urzędnicy wskazują brak apolityczności jako główną bolączkę funkcjonowania ustawy o pracownikach samorządowych. Już wcześniej Najwyższa Izba Kontroli wskazywała, że urzędnicy są zatrudniani w samorządach często bez konkursów. Paradoksalnie, tylko jedno stanowisko – sekretarza – zrobiono bezpartyjnym. Niestety, efekt jest znikomy. Jeśli po wyborach przychodzi do gminy nowy wójt czy burmistrz, to zaczyna od pozbycia się sekretarza. Jeśli nie udaje się go zwolnić, to próbuje się go – różnymi sposobami – doprowadzić do samodzielnego odejścia.

Artur Radwan

Artur Radwan

źródło: DGP

Prawda jest taka, że kolesiostwo w samorządach kwitnie. Gdy na całą pajęczynę różnorakich powiązań patrzy z boku zwykły pracownik, który od lat tkwi na tym samym stanowisku, to nic dziwnego, że uważa on swój urząd za nadmiernie upolityczniony. Niestety, raport naukowców pewnie niewiele zmieni, bo żadna władza nie jest zainteresowana odpolitycznieniem samorządu.

Pracownicy samorządowi receptę na to widzą w stworzeniu samorządowego korpusu urzędniczego na wzór tego rządowego. Niestety, wprowadzenie jednej ustawy o urzędnikach państwowych czy też skopiowanie rozwiązań stosowanych w służbie cywilnej wcale nie uzdrowi sytuacji i nie zlikwiduje układów. W administracji rządowej nadal obsadza się stanowiska z nadania politycznego. Przy czym robi się to bardziej dyskretnie i w białych rękawiczkach.

Może więc nadszedł czas, by skończyć z fikcją bezpartyjności w administracji – pozwolić nowej ekipie rządzącej przychodzić ze swoimi urzędnikami. Zawsze byłoby to jasne postawienie sprawy. Bo jak na razie art. 153 konstytucji, który stanowi, że w celu zapewnienia zawodowego, rzetelnego, bezstronnego i politycznie neutralnego wykonywania zadań państwa w urzędach administracji rządowej działa korpus służby cywilnej, jest często martwym przepisem. Dobrze przecież wszyscy wiemy, że są to tylko pobożne życzenia ustawodawcy.