Tak było do 30 czerwca 2013 r. Właściciel nieruchomości wynajmował dowolną działającą na rynku firmę, która miała zajmować się odbiorem śmieci z jego domu. Jeśli zawodziła – mógł wypowiedzieć umowę. Jako że mieliśmy do czynienia z prostą relacją konsument – przedsiębiorca, ten pierwszy mógł również poprosić o pomoc odpowiedni organ, jak powiatowy rzecznik konsumentów czy UOKiK, jeśli nierzetelności w wykonywaniu kontraktu towarzyszyło naruszanie prawa. Przedsiębiorcy dbali o jakość świadczonych przez siebie usług, bo mieli świadomość, że w każdym momencie mogą stracić zlecenie. Po prostu tak działa rynek: jeśli oferujesz produkt słabej jakości, wypadasz z obiegu.

Po 1 lipca wszystko się zmieniło. Gdy gminy przejęły na siebie odpowiedzialność za system gospodarowania odpadami, przedsiębiorcom zaczęło zależeć jedynie na wygrywaniu przetargów. Osiągnąwszy ów cel, ich entuzjazm opada. Dość powiedzieć, że na wsiach w różnych częściach Polski zdarzają się domy, do których śmieciarki zawitały dopiero w grudniu, ponad pięć miesięcy po uruchomieniu nowego systemu (sic!). Najczęściej chodzi o nieruchomości położone gdzieś na uboczu. Tymczasem firmy śmieciarskie zamiast upewnić się, czy obsłużyły wszystkich mieszkańców z danego terenu, reagują dopiero wtedy, gdy wpłynie na nie oficjalna skarga do urzędu gminy. Mniej spektakularne przypadki, jak odbieranie odpadów kilka dni po terminie, zdarzają się jeszcze częściej.

Teoretycznie do takich sytuacji nie powinno dochodzić. Mamy prawo, które opisuje obowiązki firm śmieciarskich. Tyle że jego egzekwowanie jest czasochłonne, a perspektywa kary odległa i – z punktu widzenia przedsiębiorców na szczęście – niepewna. Zawsze pozostaje też próba usprawiedliwienia nieprawidłowości.

Mechanizmy wolnorynkowe działają szybciej i są bezwzględne: nagradzają dobrych oferentów, eliminują niekompetentnych, a weryfikacja odbywa się na bieżąco. Nic więc dziwnego, że – jak pokazuje praktyka – przedsiębiorcy ich boją się bardziej.