Władze lokalne wypowiedziały wojnę rządowi i od kilku dni zbierają podpisy pod nowelizacją ustawy o dochodach samorządów. Czy to sygnał, że finanse miast i gmin są w fatalnej kondycji?

W 2008 r. wprowadzono zmiany w ustawach o PIT i CIT oraz dorzucono samorządom nowe zadania. Od tego czasu ich sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu. Zbieranie podpisów pod projektem nowelizacji jest dowodem naszej determinacji. Co gorsza, można było to przewidzieć. Już w 2007 r. ostrzegaliśmy przed skutkami zmian, ale wtedy wszyscy tylko kiwali głowami. W końcu wzięliśmy sprawy we własne ręce.

Chcemy powrotu do tego, co było, i zwrotu pieniędzy, które zostały nam zabrane. Chcemy uświadomić mieszkańcom, kto tak naprawdę odpowiada za sytuację finansową w gminach, powiatach i województwach. Posłom chcemy uświadomić, jakie konsekwencje dla samorządów mają ich decyzje.

Jest wiele jest dobrych inicjatyw ustawodawczych, takich jak choćby ustawa o wspieraniu rodziny i pieczy zastępczej, jednak nie mają one szansy na realizację bez odpowiedniego zaplecza finansowego. Niestety na szczeblu centralnym często się o tym zapomina.

Tylko czy tej walki o pieniądze nie stłumi sprawa reguły wydatkowej ministra finansów, która narzuci samorządom maksymalny poziom wydatków?

Wbrew pozorom reguła wydatkowa nie jest podstawowym problemem w samorządach. Dla samorządów zasadniczym problemem jest brak pieniędzy, a nie możliwość zadłużania się. Bo długi trzeba przecież i tak kiedyś spłacić, o ile ma się pieniądze.

Jeśli nie ma pieniędzy, żadne reguły wydatkowe nie pomogą. To dzielenie czegoś, czego nie ma. To zresztą widać w projektach budżetów na 2012 r. czy w prognozach na kolejne lata – samorządy same równoważą swoje budżety.

W obecnej sytuacji, nie mając pieniędzy, mogą to zrobić poprzez rezygnację z inwestycji, podnoszenie obywatelom kosztów życia czy ograniczanie działań na rzecz kultury, promocji sportu i wspierania nauki.

Komisja Europejska od 2014 r. chce hojniej dofinansować projekty innowacyjne niż infrastrukturalne, jak drogi czy wodociągi. Czy w związku z tym gminom będzie trudniej pozyskać pieniądze z Brukseli?

Bez dwóch zdań samorządy staną przed takim problemem. Jeżeli spytać obywateli, czego najbardziej potrzebują, to w dalszym ciągu w pierwszej kolejności będą mówić o drogach.

Sprostanie ich oczekiwaniom będzie bardzo trudne, szczególnie że samorządy będą miały problemy ze znalezieniem środków na wkład własny w projekty infrastrukturalne. W nowej perspektywie bezzwrotnych środków dotacyjnych z Brukseli będzie mniej, za to więcej pieniędzy pożyczkowych, które z biegiem czasu trzeba będzie zwrócić. A to łatwe nie będzie, bo większość zadań realizowanych przez samorządy rodzi koszty, a nie dochody.

Albo jeśli generuje dochody, to niekoniecznie w samorządach. Jeśli np. budujemy drogę i uzbrajamy jakiś teren, gdzie osiedlają się firmy, to dochodem samorządu jest opłata z podatku od nieruchomości. Ale już np. PIT może się okazać dochodem sąsiedniej gminy, z której pochodzić będzie większość pracowników nowo powstałych firm. Z kolei CIT w dużym stopniu, a VAT w całości jest dochodem budżetu państwa.

Podsumowując – miasto inwestuje w infrastrukturę, a dochody mają budżet państwa i obywatele. W ten sposób my nie będziemy w stanie spłacić kredytów. Po prostu samorządy muszą mieć większy udział w dochodach z podatków.

Zejdźmy na chwilę z poziomu finansów samorządów na finanse samych mieszkańców. Jakie będą skutki nowej polityki śmieciowej?

Powiedzmy to otwarcie – mieszkańcy będą więcej płacić za wywóz śmieci. W opłatach, jakie dzisiaj ponoszą, nie ma ujętych wszystkich kosztów. A nowe reguły prawne zmuszają do liczenia wszystkich kosztów, także tych związanych np. z rekultywacją danego składowiska. Pozostaje pytanie, co zrobić, aby ten wzrost kosztów był jak najmniejszy. Jest tylko jedno wyjście – wprowadzić konkurencję. Jeśli nie od razu, to przynajmniej małymi krokami.