Tak też, podług zasad, chciałam zrobić. Ale mam problem. Emocje i wiara walczą z doświadczeniem. Samorządowcy wystąpili z apelem, aby przedłużyć im kadencję. Z czterech do pięciu, a najlepiej do sześciu lat. Ich bowiem zdaniem cztery lata to tyle, co mgnienie oka.

Nie starcza czasu na biurokratyczne przepychanki przy unijnych projektach, nie mówiąc już o tym, aby realnie coś pożytecznego zrobić.

Biedny wójt, burmistrz, prezydent miasta (niepotrzebne skreślić) ledwie się ogarnie w swoim gabinecie, dopasuje ustawienia ergonomiczne fotela, tylko co zatrudni swoją kuzynkę na etacie sekretarki, a szwagra wciśnie na szefa ośrodka pomocy społecznej, a tu już trzeba zdawać mandat. Tak nie może być!

Otóż może, a w dodatku powinno. Całym sercem jestem za samorządami, kibicuję tym wszystkim fantastycznym ludziom, którzy w rzeczywistości trzymają w kupie nasze państwo. Zajmują się oświatą, remontują drogi, opiekują się osobami niezamożnymi i niepełnosprawnymi. Często wbrew centrali, która skąpi im pieniędzy, za to narzuca obowiązki ponad siły. Nasze państwo jest silne właśnie swoimi samorządami. 

Ale to nie znaczy, że burmistrzom trzeba pozwolić zakładać dziedziczne dynastie. Cztery lata to dosyć.

Dobry gospodarz, który wie, po co wziął władzę, daje radę. Adamski, Karnowski, Szczurek, Smogorzewski, Uszok. Brakuje miejsca na nazwiska ludzi, którzy byli na tyle dobrzy, że mieszkańcy chcieli im zaufać kolejny raz, drugi, trzeci.

A reszta towarzystwa? W Polsce jest ok. 200 samorządów, które ani razu nie wystąpiły o unijne dotacje. Kto by chciał takich nieudaczników trzymać na stanowiskach? Oni sami. Ale my im dziękujemy.