- W tysiącach miejscowości będzie dochodzić do sytuacji, gdy stężenie pyłu osiągnie poziom alarmowy, natomiast nie będzie państwowej stacji, która będzie w stanie to stężenie potwierdzić - mówi Piotr Siergiej z Polskiego Alarmu Smogowego.
Reklama
Piotr Siergiej, Polski Alarm Smogowy fot. Materiały Prasowe / DGP
Gminy inwestują w tanie mierniki powietrza. Jaka jest jakość tych pomiarów?
Polski Alarm Smogowy badał mierniki tych firm, które zdecydowały się z nami współpracować i oddały nam czujniki do badania. Rzeczywiście są rozbieżności między nimi i stacjami pomiarowymi referencyjnych wojewódzkich inspektoratów ochrony środowiska. Wyniki się różnią – są zarówno zaniżane, jak i zawyżane. Dlatego czujniki niskokosztowe o wartości kilku tysięcy złotych za sztukę mają tylko wartość informacyjną i edukacyjną – a nie naukową. Z tym że dla mieszkańców miejscowości, w której nie ma stacji pomiarowych, wystarczy informacja, że na przykład dziś według tych czujników stężenie pyłów zawieszonych jest wysokie i wynosi około 300 mikrogramów na metr sześcienny. Jest to wartość niezwykle wysoka i nie ma tu znaczenia, czy faktycznie będzie to 280 czy 320 mikrogramów na metr sześcienny.

Reklama
Poziomy alertów smogowych wkrótce mają zostać obniżone do 150 w przypadku alarmu i do 100 jeśli chodzi o obowiązek informowania o złej jakości powietrza. To wartość średniodobowa. Czyli dopiero po dobie od przekroczenia norm ruszy procedura alarmowania i informowania mieszkańców o smogu?
W projekcie zmieniającym rozporządzenie ministra środowiska w sprawie poziomów niektórych substancji w powietrzu nie ma opisanej dokładnie procedury ogłaszania alertów smogowych. Jeżeli alarm smogowy będzie zarządzany po osiągnięciu stężeń w trakcie pełnej doby, to w niektórych przypadkach będzie tak, że smog się skończy i zostanie ogłoszony alarm. Jednak zimą wysokie stężenia utrzymują się najczęściej przez kilka dni.
Być może w przepisach wykonawczych zostanie określone to, jak stężenia będą monitorowane. Urząd może przecież posłużyć się prognozą stężeń, tak jak praktykuje się w niektórych krajach. Pamiętam alarmy ogłaszane w Warszawie w zeszłym sezonie na postawie prognoz stężeń, które się nie sprawdziły, bo zmieniła się pogoda. Musimy mieć świadomość tego, że o ile zimą produkcja pyłów zawieszonych jest stabilna, bo ludzie palą w kotłach zanieczyszczając powietrze, o tyle warunki pogodowe są zmienne, a ich prognozowanie bywa trudne. Warto o tym pamiętać.
W przypadku alarmów smogowych są przewidziane działania krótkoterminowe: samorząd może na przykład ograniczyć ruch samochodów. Czy gmina na podstawie swoich mierników może wszcząć te procedury?
Gmina nie może na podstawie niskokosztowych sieci pomiarowych ogłosić alarmu, bo nie jest to sieć referencyjna, państwowa, która podaje sprawdzone wyniki. W związku z tym w tysiącach miejscowości będzie dochodzić do sytuacji, gdy stężenie pyłu osiągnie poziom alarmowy, natomiast nie będzie państwowej stacji, która będzie w stanie to stężenie potwierdzić. Te gminy będą miały jedynie przesłanki mówiące o złej jakości powietrza.
Wszystko zależy od tego, jakie będą procedury ogłaszania alertów smogowych. Może być tak, że jeżeli na danym terenie będzie wysokie stężenie pyłów zawieszonych wynikające z pomiaru kilku stacji referencyjnych, to będzie on ogłaszany na całym terenie. Tak dzieje się na Mazowszu, gdzie alarm smogowy jest ogłaszany, gdy wysokie stężenie odnotowano w stacjach w określonej strefie pomiarowej. Wszystko zależy od tego, jakie rozwiązania przedstawi Ministerstwo Środowiska.
Może rozwiązaniem byłoby, gdyby gminy inwestowały w czujniki, które mogą wejść do systemu referencyjnego? Jaki jest koszt?
Taka stacja kosztuje w zależności od wyposażenia w czujniki, bo ich liczba może się różnić, od 300 do 500 tys. zł. To dużo. Ale na przykład Kraków kupił dwie takie stacje, które użytkuje wspólnie z wojewódzkim inspektoratem ochrony środowiska i są one w systemie referencyjnym. Jest to więc możliwe w sensie prawnym, natomiast jest to bardzo duży koszt. Nie tylko jednorazowy zakupu, ale też jej obsługi. Każda nowa stacja wymaga pracownika, który będzie wymieniał filtry, konserwował urządzenie. Im więcej stacji, tym więcej etatów i stałych kosztów dla wojewódzkich inspektoratów. Pewnym rozwiązaniem pośrednim są stacje mobilne, które są przywożone na teren danej miejscowości, gdzie przez kilkanaście miesięcy mierzą jakość powietrza. Jednak taka stacja to rozwiązanie na określony czas.
Może należy rozbudować krajową sieć pomiarową?
Liczba państwowych stacji referencyjnych spełnia wymogi ustawowe, co nie znaczy, że nie mogłoby być ich więcej. Skoro małe i średniej wielkości miasta, w których nie ma stacji pomiarowych, inwestują w niskokosztowe sieci, to oznacza, że jest na to bardzo duże społeczne zapotrzebowanie. Sieci powstają w bardzo wielu miejscowościach, w których oprzyrządowanie zapewniają prywatne firmy. Również Warszawa planuje sieć pomiarową czujników – Warszawski Indeks Powietrza, który już działa, ale na razie pobiera dane tylko z kilku stacji państwowych. Natomiast jest plan, by pobierał dane ze stu kilkudziesięciu małych stacji pomiarowych rozmieszczonych na terenie całej aglomeracji warszawskiej.
A jak rozwiązać taki problem: chmura smogowa nadciągnęła w dzień wolny od pracy, a ostrzeżenie utknęło w skrzynce mejlowej gminnego urzędnika?
To problem mentalny. Jeżeli centrum zarządzania kryzysowego ma informację o gwałtownych zjawiskach pogodowych, to nikt z jej przekazaniem nie zwleka. Osoby, które zajmują się ostrzeganiem, pracują 24 godziny na dobę. Są ludzie, sprzęt, oprogramowanie – problemem jest jedynie, by osoby, które ostrzegają nas o gradzie, ostrzegały też o zanieczyszczeniu powietrza, czyli zasięgały informacji w wojewódzkich inspektoratach ochrony środowiska. To wymaga zmiany myślenia i wdrożenia trybów pracy, których w tej chwili nie ma.
Jak powinno wyglądać informowanie mieszkańców?
Jest na to kilka pomysłów. Poczynając od mediów społecznościowych, które dla części osób są najszybszym medium. Natomiast jeśli chodzi o starszą część populacji, to mamy lokalne rozgłośnie radiowe i telewizyjne, które mogą natychmiast informować o zagrożeniu. Władza lokalna nie ma wpływu na lokalne media, ale można wypracować jakiś model współpracy. Mamy też media publiczne. Współpraca między publicznym radiem i instytucją publiczną ostrzegającą o zagrożeniu smogowym wydaje się oczywista. To kwestia wypracowania pewnego modelu komunikacji między instytucjami i przepływu informacji.