Nagrody dla urzędników i nauczycieli, spektakularne imprezy, zebrania z mieszkańcami – takie działania budują przewagę urzędujących włodarzy z mniejszych miejscowości nad ich kontrkandydatami w wyborach. Jednak największą gwarancją reelekcji jest uzależnienie dużej części lokalnej społeczności od władz samorządowych.
Reklama
Do wyborów pozostały cztery dni, a w terenie walka o wyborców trwa w najlepsze i często na granicy prawa. Najłatwiej prowadzić kampanię tym kandydatom, którzy ubiegają się o powtórny wybór. Mają bowiem do dyspozycji sztab urzędników i gminne pieniądze.

Zamiast wiecu wyborczego bilans kadencji

Okazją do agitacji stają się często zebrania z mieszkańcami, organizowane jako podsumowanie dotychczasowej działalności urzędującego włodarza. Często informuje on na nich, że ubiega się o reelekcję, ale nie pozwala zaprezentować się innym kandydatom.
– Takie zachowania potwierdzają tylko fakt, że wprowadzenie dwukadencyjności w wyborach samorządowych było słuszną decyzją. Przynajmniej raz na 10 lat o mandat wójta, burmistrza, prezydenta miasta będą walczyć kandydaci, którzy nie są związani z urzędem –mówi dr Stefan Płażek, adwokat i adiunkt w Katedrze Prawa Samorządu Terytorialnego Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Osoby, które próbują sił w wyborach w małych miejscowościach przyznają, że trudno było im nawet zebrać odpowiednią liczbę kandydatów na radnych do swojego komitetu. Wiele osób po prostu się boi, że narazi się obecnej władzy. Inni są od niej uzależnieni, np. pracując w samorządowej szkole lub w innej jednostce organizacyjnej podległej gminie.
– W małych miejscowościach takie zachowania są normą i dlatego ktokolwiek staje do walki z obecnym włodarzem, jest na przegranej pozycji. Choć często może przekonać do siebie mieszkańców, którzy dopiero przy tajnym głosowaniu odważą się zagłosować za zmianami – mówi Jerzy Stępień, były prezes TK i współautor reformy samorządowej.
Powołuje się przy tym na swoje badania, które przeprowadził na Uniwersytecie Warmińsko–Mazurskim. Wynika z nich, że w małych, kilkutysięcznych gminach wójt jest wstanie uzależnić od siebie ok. 20 proc. osób, które prowadzą tam biznes, pracują w szkołach i przedszkolach, w urzędzie. Jeśli uwzględni się ich rodziny, okaże się, że liczba potencjalnych wyborców gwarantuje takiemu włodarzowi tzw. nieograniczone jednowładztwo. Zupełnie inaczej jest w dużych miastach, gdzie do walki o fotel prezydenta miasta stają przede wszystkim przedstawiciele partii politycznych, a nie lokalnych komitetów.

Huczne dożynki i wysokie nagrody

W małych miejscowościach wyborcza walka jest nierówna, bo urzędujący włodarze mają za sobą sztab urzędników. Do przekonywania do siebie mieszkańców wykorzystują też często różnego rodzaju uroczystości, które w roku wyborczym organizowane są z dużo większym rozmachem niż w poprzednich latach, nawet jeśli są to imprezy cykliczne, jak np. dożynki czy dzień seniora, a ostatnio Dzień Edukacji Narodowej. Z sondy DGP wynika, że przy okazji tegorocznego święta nauczyciele mogli liczyć na wysokie gratyfikacje pieniężne, wyższe niż w poprzednich latach. Na przykład w Nysie dostali od 1,4 tys. zł do 2,4 tys. zł, w Oławie – 2–3 tys. zł, a w Rzeszowie otrzymali nagrody prezydenta wynoszące do 4 tys. zł. Samorządowi włodarze nie zapominają też o urzędnikach. Oni także tuż przed wyborami dostają nagrody.
– Nie można formalnie postawić zarzutu, że to jest kupowanie sobie głosów przez urzędującego wójta, burmistrza lub prezydenta miasta, bo wszystko odbywa się zgodnie z prawem. Z drugiej strony kodeks wyborczy w niektórych przypadkach zabrania kupowania głosów w zamian za „kiełbasę wyborczą” – mówi prof. Bogumił Szmulik, radca prawny i ekspert ds. administracji publicznej.
Na podstawie tegorocznej nowelizacji kodeksu wyborczego (t.j. Dz.U. z 2018 r. poz. 754, ze zm.) zabroniono m.in. organizowania loterii fantowych, innego rodzaju gier losowych oraz konkursów, w których wygranymi są nagrody pieniężne lub przedmioty o wartości wyższej niż zwyczajowo używane w celach promocyjnych. Nie można ich też rozdawać. W dalszym ciągu nie wolno też w ramach agitacji częstować alkoholem za symboliczną złotówkę lub bezpłatnie. Wciąż jednak pozostało wiele narzędzi do przekonywania wyborców. Zwłaszcza dla tych, którzy zarządzają gminnymi pieniędzmi.