Polacy nie lubią polityków i nie wierzą w obietnice wyborcze. Jednocześnie nie mają przekonania, że ich pojedynczy głos może coś zmienić. W efekcie frekwencja wyborcza w Polsce jest dużo niższa także w porównaniu z takimi państwami jak Czechy czy Słowacja.

Polacy wypadają miernie na tle Europy, jeśli chodzi liczbę osób, które biorą udział w wyborach. W przypadku, gdy w krajach Europy Zachodniej frekwencja wyborcza spada poniżej 80 procent to jest to powód do zaniepokojenia. Przykładowo, o pobiciu niechlubnego rekordu mówiło się, kiedy podczas wyborów parlamentarnych w Niemczech w 2009 roku do urn poszło niecałe 71 proc. uprawnionych. Z kolei Włosi zanotowali najgorszy wynik w historii, kiedy w 2013 roku parlament wybierało trzy czwarte uprawnionych.

A jak jest w Polsce? Kiedy trzy lata temu władzę w Polsce przejmowało Prawo i Sprawiedliwość, do urn poszło zaledwie 50,92 proc. osób z prawem wyborczym. Eksperci uznali to za doskonały wynik, osiągnięty dzięki pojawieniu się nowych graczy na polskiej scenie politycznej (partie Kukiz’15, Nowoczesna czy Razem). Cztery lata wcześniej frekwencja wyniosła zaledwie 48,92 proc. - Frekwencja wyborcza w Polsce jest niższa niż w Europie Zachodniej, ale też niższa niż w krajach regionu, jak w Czechach czy na Słowacji, czyli w krajach, z którymi moglibyśmy się porównywać ze względu na przeszłość i długość istnienia tradycji demokratycznej – mówi dr Marta Żerkowska-Balas, socjolog z Uniwersytetu SWPS.