Ich zdaniem przy rozdziale środków rząd powinien skorzystać z już istniejących mechanizmów, np. funduszy sołeckich
W ramach samorządowej „piątki Morawieckiego”, zapowiedzianej na niedzielnej konwencji Prawa i Sprawiedliwości, rząd przeznaczy 300 mln zł na wsparcie budżetów obywatelskich. – To rząd PiS wdrożył dla miast na prawach powiatu regulację, że 0,5 proc. budżetów musi być przeznaczone na budżet obywatelski. Chcemy, by to obowiązywało w mniejszych ośrodkach, ale też by gminy, również wiejskie, miały swoje budżety obywatelskie – powiedział szef rządu.
Propozycja wzbudziła niemałe zainteresowanie wśród samorządowców. – U mnie nie ma budżetu obywatelskiego, bo zwyczajnie nie było się czym dzielić. Ale jeśli rząd dosypie pieniędzy, to go utworzymy – deklaruje burmistrz Gubina Bartłomiej Bartczak.
Reklama
– Oczywiście jest to kiełbasa wyborcza, ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Jeśli tylko nie będzie tak, że pieniądze trafią tylko do tych samorządów, gdzie rządzi PiS, to trudno, byśmy mieli oponować przeciwko propozycji premiera – ocenia inny włodarz.
Szczegóły rozwiązań wciąż nie są znane. Nie wiadomo, komu i na jakich zasadach zostaną przyznane pieniądze. – Na razie została zaprezentowana ogólna koncepcja. Szczegóły projektu wkrótce zostaną przedstawione – słyszymy od jednego z ważniejszych polityków PiS.

Reklama
Ze strony lokalnych włodarzy już pojawiają się pierwsze pytania. – Dobrze byłoby znać proporcje, kto i ile dostanie oraz jaki będzie poziom dofinansowania ze strony rządu. Pytanie też o zakres celów i zasady, na jakich te pieniądze będą mogły być wydawane – zastanawia się burmistrz Bartczak. Jego zdaniem sprawiedliwszy od konkursu, w ramach którego gminy musiałyby ze sobą rywalizować o środki rządowe (jak przy schetynówkach) byłby mechanizm, w którym pojedyncza gmina mogłaby liczyć nawet na mniej pieniędzy, ale za to pewnych. – Dlatego, zamiast rywalizować o te pieniądze, rząd powinien dać każdemu po trochu, np. uzależniając wysokość dofinansowania od liczby mieszkańców czy potrzeb inwestycyjnych jednostki. W naszym powiecie są gminy, które nie byłyby w stanie wyłożyć nawet 50 proc. wkładu własnego. Dlatego można też pomyśleć o różnym poziomie nasycenia tej pomocy rządowej, tak, by jednym dać np. 50 proc., innym 80 proc. wkładu budżetowego – sugeruje Bartłomiej Bartczak.
Grzegorz Kubalski ze Związku Powiatów Polskich obawia się, że rząd zamierza wyważyć otwarte drzwi, wprowadzając kolejne nowe rozwiązanie, zamiast skorzystać z już istniejących i sprawdzonych. – System odpowiadający założeniom budżetu partycypacyjnego w gminach wiejskich już właściwie jest. To istniejący od 2009 r. fundusz sołecki. Co więcej, zgodnie z obecnie obowiązującymi przepisami gminy tworzące na swoim terenie fundusz sołecki otrzymują dofinansowanie z budżetu państwa w wysokości zależnej od ich zamożności – tłumaczy Kubalski i zaznacza, że wprzęgnięcie propozycji premiera w ten mechanizm wymagałoby nowelizacji ustawy o funduszu sołeckim (Dz.U. z 2014 r. poz. 301). – Zmiana musiałaby wskazywać z jednej strony na osiedla i dzielnice jako podmioty otrzymujące środki do własnej dyspozycji, z drugiej strony zaś – przewidywać odpowiednie dofinansowanie dla gmin – wskazuje Kubalski.
Jednocześnie ma nadzieję, że obiecane przez premiera środki nie będą dzielone w trybie konkursowym. – Nie za bardzo mogę sobie wyobrazić racjonalne kryteria umożliwiające taki podział. Partycypacja społeczna jest równie ważna w małym mieście jak w wielkiej metropolii, tam, gdzie sytuacja budżetu jest dobra i tam, gdzie jest słabsza. Uważam zatem, że każda jednostka, która w pełni uruchomi budżet partycypacyjny, uzyska dofinansowanie. Oczywiście jego skala może być uzależniona czy to od wielkości jednostki, czy to od kwoty przeznaczonej w ramach budżetu na budżet partycypacyjny – wskazuje Grzegorz Kubalski.
Z koncepcją wprzęgnięcia nowego rządowego mechanizmu w system funduszy sołeckich nie zgadza się Leszek Świętalski ze Związku Gmin Wiejskich RP. – Nie wiemy, czy mamy do czynienia z propozycją systemową, czy z pojedynczym aktem związanym z kampanią wyborczą. Jeśli to pierwsze, to taki program powinien żyć wedle własnych zasad, nie powinien być wprzęgany np. w fundusz sołecki. Może być bardziej atrakcyjny i elastyczny niż ten już funkcjonujący od lat – mówi Świętalski. Dodaje, że w wielu gminach fundusz sołecki nie istnieje, bo są inne formy finansowania inwestycji i samorząd najlepiej wie, jakie mechanizmy stosować. – A ustawa o funduszu sołeckim zmusza nas do corocznej deklaracji o tym, czy zostanie on wyodrębniony, czy nie. Jeśli tego nie zrobimy, to jesteśmy za to w pewien sposób stygmatyzowani – zwraca uwagę.