Ostatnie dwa i pół roku relacji między władzą centralną a lokalną upłynęło pod znakiem ostrych tarć o wpływy, wzajemnych złośliwości i zderzenia dwóch wizji Polski. Mimo to samorządowcy przyznają, że jest kilka owoców tej trudnej współpracy.
Wojciech Szczurek prezydent Gdyni / Dziennik Gazeta Prawna
Do wyborów samorządowych zostało zaledwie pół roku. Dla lokalnych włodarzy oznacza to okres podsumowań – nie tylko dokonań w mijającej kadencji, lecz także relacji z obecnym rządem.
Z reguły samorządowcy i eksperci są zgodni: o ile poprzedni rząd, w imię różnie pojmowanej decentralizacji państwa, wyspecjalizował się w przerzucaniu zadań na samorządy (często nie zapewniając na to wystarczających środków), o tyle obecny dąży do zwiększenia swoich wpływów kosztem samorządu.
Reklama
– To trochę pochodna tego, jak obóz rządzący widzi państwo. Ewidentnie jest to wizja państwa scentralizowanego, wizja, w której nie ma zbyt wiele miejsca dla samorządów. Lokalne władze są sprowadzone do roli agendy wykonawczej rządu, a nie miejsca, gdzie prowadzi się autonomiczną czy różnorodną politykę – ocenia dr Adam Gendźwiłł, adiunkt w Zakładzie Rozwoju i Polityki Lokalnej na Wydziale Geografii i Studiów Regionalnych Uniwersytetu Warszawskiego oraz ekspert Fundacji Batorego. Nie zamierza jednak gloryfikować rządu PO–PSL, zwłaszcza jego drugiej kadencji. – Tamten rząd, dysponując kredytem zaufania i sporym zapleczem w postaci doświadczonych samorządowców, zaniechał wielu spraw ważnych dla samorządów. Z kolei PiS przejawia do nich paternalistyczny stosunek. Ostatnie dwa i pół roku pokazały też, że nie ma jakiegoś pomysłu na samorząd, ogólnej strategii. A przecież przed samorządami sporo wyzwań, chociażby nowa perspektywa budżetowa UE, w której przycięte zostaną fundusze strukturalne, być może w związku z tym zmniejszona będzie też rola samorządów wojewódzkich – wskazuje dr Gendźwiłł.
Podobnie relacje z rządem oceniają samorządowcy.

Reklama
– Każda ekipa rządząca ma swoją wizję państwa i ma do tego prawo, skoro pochodzi z demokratycznych wyborów. Przez ostatnie lata mieliśmy do czynienia z decentralizacją w myśl tego, że taka subsydiarność jest korzystna dla państwa. Teraz państwo się centralizuje, a zaufanie rządu do władz lokalnych jest zauważalnie mniejsze. Powstają nowe instytucje, które przemodelowują dotychczasowy sposób zarządzania – diagnozuje Marek Olszewski, szef Związku Gmin Wiejskich RP.
O tym mniejszym zaufaniu zdaniem samorządowców świadczyć może fakt, że niedługo po przejęciu władzy PiS zarządził tzw. superkontrolę CBA w urzędach marszałkowskich. To była pierwsza tego typu akcja kontrolna, przeprowadzona równocześnie we wszystkich województwach. Sprawdzane były projekty unijne i wydawanie dotacji z UE w regionach. Efekt? CBA złożyło pięć zawiadomień do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa przez urzędy marszałkowskie. Dla PiS to dowód na to, że kontrola była potrzebna. Dla samorządów, że z dużej chmury mały deszcz.
Napięcie na linii rząd–samorząd sięgnęło zenitu wiosną 2017 r., kiedy przez Polskę przetoczyła się dyskusja o lokalnych „sitwach” i „klikach”. Głośno mówili o tym politycy PiS, którzy w ten sposób uzasadniali konieczność wprowadzenia zasady dwukadencyjności w samorządach. Ostatecznie pomysł został przeforsowany, choć nie obyło się bez ustępstw ze strony obozu rządzącego. Limitowane kadencje będą liczone wprzód, a do tego będą pięcioletnie.
Jak bumerang wraca sprawa podziału kompetencji. Zwiększa się decyzyjności rządu w instytucjach, w których samorządy dotąd miały najwięcej do powiedzenia (np. wojewódzkie fundusze ochrony środowiska i gospodarki wodnej), albo przez tworzenie zupełnie nowych instytucji, które decyzją ustawodawcy wkraczają w samorządowe kompetencje. Tu włodarze zgodnie wskazują na Wody Polskie, które zaczęły pełnić rolę krajowego regulatora taryf za wodę (do tej pory zatwierdzali je lokalni radni). Samorządy nie godzą się na taki stan rzeczy, dlatego władze Piły – wspierane przez Związek Miast Polskich i zewnętrzną kancelarię prawną – przygotowały skargę do Trybunału Konstytucyjnego, by ten osądził, czy taka zmiana jest zgodna z ustawą zasadniczą.
Samorządowcom szczególnie doskwiera to, że są pomijani w procesie konsultacyjnym, gdy w parlamencie opracowywane są nowe przepisy, zwłaszcza te mające wpływ na funkcjonowanie jednostek samorządu terytorialnego. W tym kontekście obawiają się marginalizacji znaczenia rządowo-samorządowej Komisji Wspólnej, która – przynajmniej formalnie – stanowi główną platformę dyskusji między obiema stronami. Sęk w tym, że wiele kluczowych projektów zgłaszanych jest jako inicjatywy poselskie (nawet jeśli są podejrzenia, że powstały w resortach). A te nie muszą być kierowane do zaopiniowania przez Komisję. Stąd pojawiające się postulaty samorządów, by takie projekty podlegały obowiązkowi opiniowania, podobnie jak to ma miejsce w przypadku projektów rządowych. Zgłaszane są też alternatywne rozwiązania mające na celu wzmocnienie roli samorządów w procesie prawodawczym.
– Warto by też rozważyć, czy komisja, a ściślej jej strona samorządowa, nie powinna mieć prawa inicjatywy ustawodawczej. Pozwalałoby to wnieść istotną dla samorządu terytorialnego problematykę pod obrady parlamentu bez konieczności poszukiwania chętnych wśród partii parlamentarnych albo zbierania podpisów pod inicjatywą obywatelską – stwierdza Grzegorz Kubalski w felietonie pt. „Samorząd w konstytucji”.
Obecnie najbardziej palącym tematem jest planowane zredukowanie wynagrodzeń wójtów, burmistrzów, prezydentów miast, starostów, marszałków oraz wszystkich ich zastępców. To pokłosie tzw. afery nagrodowej w rządzie. W ramach odpowiedzi na zarzuty kierowanych w jego stronę, PiS postanowił zredukować liczbę wiceministrów, a także przyciąć o 20 proc. wynagrodzenia parlamentarzystów. Przy okazji jednak – decyzją Jarosława Kaczyńskiego – to samo spotka samorządowców. Z ostatnich informacji wynika, że cięcia proponowane przez PiS będą analogiczne do tych, które czekają posłów i senatorów. Nietrudno się domyślić, że sprawa wywołuje w samorządach ogromne emocje.
– To mieszkańcy miasta są moimi pracodawcami, nie pan. Dlaczego więc to pan chce mi obniżać pensję? Jeśli mieszkańcy obniżą mi pensję, przyjmę to z pokorą. Ingerencja pana jako partyjnego notabla w samorząd traktuję w kategoriach politycznego teatru i osobistej zemsty – napisał w liście otwartym do Jarosława Kaczyńskiego prezydent Nowej Soli Wadim Tyszkiewicz.
Gdy pytamy go o ogólną ocenę relacji samorządów z rządem, nie jest już tak bezwzględny. – Może nie było tak tragicznie, choć niepotrzebne były te wszystkie złośliwości, czasem z obydwu stron. Gdyby politykę odłożyć na bok, z każdym byśmy się dogadali. Z wicewojewodą dobrze nam się współpracuje. Mój zastępca jest, jak ja to ironicznie mówię „kaczystą”, bo zawsze głosował na PiS, ceni Jarosława Kaczyńskiego, ale do partii nie należy. A mimo to współpracujemy ze sobą od 16 lat – mówi DGP Tyszkiewicz.
Nie jest też tak, że obie strony okopały się na swoich pozycjach i nigdzie nie ma miejsca na dialog. Samorządowcy dobrze oceniają współpracę np. z resortem finansów kierowanym przez Teresę Czerwińską. Obecnie w ministerstwie szykowana jest nowelizacja ustawy o finansach publicznych, która choć z jednej strony nałoży pewne ograniczenia na władze lokalne (np. zaliczanie tzw. niestandardowych instrumentów finansowych do limitu zadłużenia), to jednak wprowadzi też pewne rozwiązania zapewniające większą elastyczność, np. możliwość restrukturyzacji zadłużenia.
Włodarze chwalą sobie też, że rząd – choć niedawno – wprowadził instytucję pełnomocnika rządu ds. współpracy z samorządami. Został nim wiceszef MSWiA Paweł Szefernaker, który stara się być w bieżących kontaktach z samorządami, by załatwiać z nimi bieżące problemy (jak np. kwestia samorządowego bankruta, czyli gminy Ostrowice).
Marek Wójcik ze Związku Miast Polskich wskazuje na inne pozytywne kwestie, jak np. sprawne wdrożenie programu 500 plus, dosypanie pieniędzy na drogi lokalne (zapowiedź specjalnego funduszu w ramach tzw. piątki Morawieckiego) czy reformy usprawniające system pomocy społecznej.
To jednak za mało, by samorządowcy dobrze wspominali tę współpracę. – Za poprzedniej władzy przedstawiciele rządu czy wojewodowie za bardzo nie wtrącali się w sprawy samorządu. Ten rząd kompletnie przestawił wajchę. Próbuje narzucać nam swoją wolę, przejmuje kompetencje i centralizuje – przekonuje Wadim Tyszkiewicz.
Centralizacja szkodzi
Ostatnie lata, nie tylko poprzednie dwa, ale około dekadę postrzegam jako czas systematycznej centralizacji władzy. Moim zdaniem to trend, który szkodzi naszemu krajowi. Od lat obserwujemy także dużą ochotę władz centralnych do kreowania nowych kompetencji w samorządach, bez zabezpieczania możliwości ich realizacji pewnymi źródłami finansowania. Od lat nierozwiązany jest np. problem obowiązkowego zapewniania lokalu socjalnego po eksmisji, ale żaden rząd nigdy nie wyjaśnił, skąd gmina ma wziąć pieniądze na tysiące mieszkań dla dłużników. Po prostu problem przerzucono na samorządy, nie martwiąc się, co dalej. W nowszych regulacjach również dostrzegamy zagrożenia finansowe, choćby w zakresie elektromobilności. Osobiście popieram co do idei rozwiązania narzucone gminom, ale martwi mnie, jak je sfinansować z własnych środków. Jeśli chodzi o krótszą przeszłość, to dostrzegam tak pozytywy, jak i negatywy w relacjach samorządów z rządem. Do niekorzystnych zjawisk zaliczam działania, które podkopują społeczne zaufanie do samorządów – nieuzasadnione faktami, a szkodliwe dla dalszego budowania wspólnoty. Bardzo krytycznie oceniam zamieszanie wokół ordynacji wyborczej i przyjęcie przepisów, które zdają się nie do wykonania. Wystarczyło popytać w gminach pełnomocników wyborczych, jak wygląda machina wyborcza w praktyce i dałoby się uniknąć wielkiego zamieszania, które dziś angażuje wysiłki PKW, ale i samorządowców, jak się wydaje – i tak syzyfowe. Widzę zagrożenie w braku regulacji płacowych dotyczących urzędników. Przy tak niskim bezrobociu i ewidentnym rynku pracownika urzędowe stawki zniechęcają młodych, wykształconych ludzi do pracy w urzędzie miasta czy jednostkach. Modnie jest dziś mówić, że powinno być skromnie, ale to ślepa uliczka. Albo chcemy mieć sprawną, wykwalifikowaną administrację i mamy narzędzia, które pozwalają nam zatrudnić dobrych specjalistów, albo żyjemy utopią, a dobrzy i najlepsi idą pracować gdzie indziej.
Nie jest jednak tak, że wszystko jest złe. Korzystnie oceniam walkę z naruszającym godność ubóstwem dotykającym dzieci za pomocą 500+. Może jeszcze za wcześnie na ocenę całego programu Mieszkanie+, ale u mnie, w Gdyni, te mieszkania powstaną i wspomogą wiele rodzin. To niezwykle ważny aspekt życia. Cieszy mnie troska o start–upy i ułatwienia dla przedsiębiorców, które są realne i praktyczne. Wspomniany program rozwoju elektromobilności, choć kosztowny, również jest Polsce potrzebny, i to dobrze, że jest wdrażany ze sporą determinacją.