Jakie będą konsekwencje zmian ordynacji wyborczej? Zapytaliśmy o to przedstawicieli samorządów.



Choć według samorządów ordynacja wyborcza wymagała poprawek, to przy planowaniu zmian należało wziąć pod uwagę ich opinie oraz powinny być one wprowadzane w konsultacji z wyborcami. Tego jednak zabrakło, w związku z tym wśród włodarzy, przedstawicieli samorządów oraz ekspertów przeważają opinie, że ordynacja wyborcza w obecnym kształcie może przynieść więcej złego niż dobrego, a na pewno spowoduje wzrost kosztów.
– Mam obawy, że wprowadzenie zmian na ostatnią chwilę spowoduje zamieszanie, które może dodatkowo zniechęcić mieszkańców do udziału w lokalnych wyborach. A przecież powinno nam zależeć na zwiększeniu i tak dosyć niskiej frekwencji – zaznacza Daniel Putkiewicz, zastępca burmistrza miasta i gminy Piaseczno.
Reklama
Pośpiech, brak dogłębnej analizy, która pozwoliłaby zidentyfikować faktyczne problemy i wprowadzić ulepszające rozwiązania, to najczęściej wytykane błędy. Z tego powodu dziś można mówić tylko o bałaganie kompetencyjnym oraz niejasnych przepisach.
Tymczasem, jak twierdzi Janusz Gromek, prezydent miasta Kołobrzeg, do tej pory wszystko funkcjonowało dobrze. Dlatego według niego reforma nie była potrzebna.

Reklama
Ile to będzie kosztować?
Kwestia wzrostu wydatków jest często poruszana w komentarzach oraz sondach na temat zmian w ordynacji. Także tej przeprowadzonej przez DGP wśród przedstawicieli gmin, dzielnic oraz miast.
– Ciągle nie wiadomo, kto ma pokryć wydatki związane z zapewnieniem monitoringu w komisjach wyborczych. Nowe przepisy wymagają w każdej placówce kamery. Nie ustalono jednak, z jakiego budżetu (samorządowego czy państwowego) zostanie sfinansowany ich zakup – słyszymy w UM Kołobrzeg.
– Do tej pory wybory nadzorował jeden urzędnik, którym był z reguły sekretarz miasta. Teraz musi być czterech komisarzy wyborczych. Istnieje też obowiązek powołania dwóch komisji wyborczych, liczących po dziewięć osób każda, zamiast jednej, jak było dotychczas. Nawet jeśli środki na ten cel będą pochodziły z budżetu państwa, to dla samorządów zmiany te wiążą się z dodatkowymi wydatkami. Choćby tymi związanymi z wypełnieniem obowiązków administracyjnych. Mowa o wypełnieniu PIT dla każdej z tych osób czy upoważnienia ich do przetwarzania danych osobowych – wyjaśnia przedstawiciel UM Kołobrzeg.
Marek Wójcik podlicza, że koszty związane z wyborami wzrosną cztero-, pięciokrotnie. Jak zauważa, do tej pory sędziowie wyborczy byli wybierani tylko na czas przeprowadzanych wyborów. Zgodnie z nowymi przepisami 100 komisarzy wyborczych ma pełnić swoją funkcję stale. A to oznacza konieczność wygospodarowania dla nich miejsca w urzędach, przydzielenia im sekretarki lub asystentki.
Większe pieniądze pochłonie też samo liczenie głosów oddanych w wyborach samorządowych. Choćby dlatego, że potrwa przynajmniej dwa razy dłużej, a protokół najpierw trzeba będzie sporządzić ręcznie, by potem wpisać go do komputera, ponownie zatwierdzając.
Na dodatkowe wydatki przygotowują się też ci, których zmiany ordynacji bezpośrednio nie dotkną. Przykładem jest gmina Świercze, licząca 4,7 tys. mieszkańców. Pozostaną w niej ta sama liczba radnych i te same okręgi wyborcze, co pod rządami poprzedniej ustawy, i wybory większościowe.
– Na poprzednie wybory zakupione zostały nowe urny i już je wymieniamy. Po co takie duże, jeżeli przy poprzednich nie było nigdy problemu z przepełnieniem, a już obecne nie mieszczą się w drzwiach lokalu? W związku z tym trzeba je wnosić przez okno. Kolejna sprawa to zbyteczne koszty monitoringu, dwóch komisji – martwi się Adam Misiewicz, wójt gminy Świercze.
Ograniczenie praw?
Jeszcze więcej emocji budzi wprowadzona nowymi przepisami dwukadencyjność wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Według wielu zapis ten jest niekonstytucyjny. Ogranicza prawo obywateli do decydowania o tym, kogo chcą widzieć na stanowisku wójta, burmistrza czy prezydenta miasta.
– Jeśli wyborcy byliby zadowoleni z pracy wójta lub burmistrza i chcieliby, żeby pełnił swoją funkcję dłużej, to nie będą mieli możliwości o tym zdecydować. Trudno też zrozumieć, dlaczego dwukadencyjność ma dotyczyć jedynie samorządowców, a nie np. posłów – zwraca uwagę Daniel Putkiewicz, podkreślając jednocześnie, że samorządowcy wykonują obecnie dużo pracy na rzecz lokalnych społeczności, pełniąc funkcję profesjonalnych menedżerów gminy. – Dobrze by było, gdyby politycy szczebla ogólnokrajowego tej pracy nie utrudniali, a wręcz odwrotnie, gdyby wspierali samorządowców w tej materii, poprzez regulacje. Wtedy praca samorządowców będzie właściwie oceniana na rynku pracy – zaznacza.
Według Marka Wójcika, eksperta Związku Miast Polskich, zapis jest też przejawem braku zaufania do obywateli. Tymczasem, jak podkreśla, bez zaufania nie można budować przyszłości. Poza tym może przełożyć się na to, jacy ludzie będą przychodzili do pracy w samorządach.
Na ogół o stanowisko wójta, burmistrza czy prezydenta miasta ubiega się osoba w wieku 30–40 lat, czyli taka, która już coś osiągnęła w życiu zawodowym. Jest jednocześnie społecznikiem, dlatego próbuje swoich sił w samorządzie. Perspektywa pełnienia tej funkcji tylko przez dwie kadencje będzie zniechęcać. Powrót po tym czasie do poprzedniego życia zawodowego oznaczać będzie zaczynanie wszystkiego niemal od zera.
– Już teraz wielu włodarzy miast i gmin po zakończeniu pracy w samorządach ma problemy z powrotem do normalnej pracy. Bez perspektywy zabezpieczenia po dwóch kadencjach do samorządów będą trafiać kandydaci słabsi i gorzej przygotowani. Jak najbardziej może dojść do tego, że specjaliści nie będą chcieli wiązać się z samorządem – twierdzi Janusz Gromek.
O tym, że dwukadencyjność jest złym pomysłem, jest też przekonany Adam Misiewicz, wójt gminy Świercze.
– Rolę wójta trzeba czuć. Jeżeli ktoś mija się z powołaniem, wyborcy szybko zweryfikują i tak się dzieje. Dla ekonomistów, prawników, menedżerów okres 10 lat może być mało atrakcyjny, szczególnie przy niewygórowanych zarobkach i olbrzymich oczekiwaniach społecznych, które trzeba w jak najwyższym stopniu zaspokoić – dodaje.
Samorządowcy zwracają uwagę, że pensje wójtów, burmistrzów czy prezydentów miast są zamrożone od ośmiu lat, podczas gdy w wielu branżach idą w górę. To, obok dwukadencyjności, dodatkowo sprawi, że osoby, które idealnie mogłyby się sprawdzić w roli rządzącego miastem, gminą czy dzielnicą, wybiorą raczej rozwiązanie, które zapewni im godziwą przyszłość – postawią na pracę w intratnych branżach.
Nie można zapominać też o tym, że szykowana jest ustawa o jawności życia publicznego. Zgodnie z nią wójt, burmistrz czy prezydent miasta po zakończeniu kadencji nie będzie mógł zatrudnić się w firmie, na rzecz której wydawał jakiekolwiek decyzje administracyjne. To oznacza, że nie znajdzie zatrudnienia w swoim mieście czy swojej gminie.
Zdaniem ekspertów i przedstawicieli samorządów jakość włodarzy może w związku z tym się obniżyć. Może też powodować problem z przekonaniem talentów i ekspertów do tego, żeby związali swoje życie zawodowe z samorządem.
Dwukadencyjność nie daje poczucia bezpieczeństwa zatrudnionym. Konsekwencje tego zapisu nie będą jednak widoczne od razu. W nadchodzących wyborach startować będą bowiem w wielu przypadkach osoby, które dziś pełnią funkcje wójtów, burmistrzów czy prezydentów miast, a więc mają przygotowanie i doświadczenie.
– Konsekwencje nowych przepisów pod tym względem zobaczymy w przyszłości. Udział fachowców w wyborach może się zmniejszyć – uważa Marek Wójcik.
Opinie na temat tego, czy dwukadencyjność będzie miała przełożenie na jakość rządzenia i realizację obietnic wyborczych, są już natomiast podzielone.
– Dwie kadencje będą teraz trwały 10 lat. Taki długi czas pozwala zrealizować zamierzenia i programy, z którymi przychodzi się, rozpoczynając pracę jako burmistrz. Jest to też wystarczająco długi czas na wykrystalizowanie się liderów, którzy mogą dalej rozwijać się i wykorzystywać zdobyte doświadczenie na szczeblu regionalnym czy centralnym na przykład w parlamencie, pracując na rzecz rozwoju samorządności. Dlatego też sądzę, że nie powinna zmaleć efektywność pracy oraz fachowość osób pełniących te funkcję – tłumaczy Monika Chrobak-Budzińska, rzecznik prasowy Urzędu m.st. Warszawy, Dzielnica Mokotów.
Z kolei zdaniem Joanny Kubik, inspektora w Urzędzie Miejskim w Gdańsku, w kancelarii prezydenta miasta istnieje obawa, że wprowadzane programy długofalowe, które niejednokrotnie tworzone są na dziesiątki lat, mogą zostać przerwane po wygaśnięciu kadencji. W konsekwencji może to prowadzić do destabilizacji i dezorientacji mieszkańców, którzy do tej pory byli jedynymi recenzentami pracy samorządu i kierunku rozwoju swojej gminy.
Co dalej?
Prosząc o ocenę reformy ordynacji wyborczej, zadaliśmy też wójtom, burmistrzom i prezydentom pytanie o to, co zamierzają zrobić po upływie drugiej kadencji. Jakie mają plany? Na odpowiedź zdecydowali się tylko nieliczni. Wśród nich Adam Misiewicz, wójt gminy Świercze, który zadeklarował, że będzie nadal kandydował, zatem jego dalszy los jest w rękach wyborców. Natomiast Janusz Gromek, prezydent Kołobrzegu, przyznał, że zmiany ordynacji zbiegły się w czasie z jego decyzją o zakończeniu prezydentury.
– Planuję natomiast start do sejmiku wojewódzkiego, a w przyszłości może do Senatu RP – informuje.