Strzelnica w każdej gminie. To hasło, za sprawą ministerialnych pomysłów, bije rekordy popularności. Dla jednych to piękny sport, dla drugich element tradycji, dla kolejnych sposób na poprawę obronności kraju. Zapanowało pospolite ruszenie.
Pistolet Glock ginie w dłoni instruktora. Sprawnie napełnia magazynek, ładuje, wymierza. – Teraz pani – mówi spokojnie. Każe założyć okulary, potem słuchawki. Staram się pamiętać, by nie złapać pistoletu instynktownie w garść. Palec wskazujący musi być wyprostowany, wzdłuż lufy. Na spust powędruje tuż przed strzałem. Przodem do tarczy, lekko pochylona, w małym rozkroku. Ręce wyciągnięte, lewe oko zmrużone, prawym usiłuję namierzyć tarczę. I w duchu trzymam za siebie kciuki: żeby tylko nie wystraszyć się wystrzału i nie upuścić broni. – Spokojnie, nie z takimi przypadkami mieliśmy tu do czynienia – mówi instruktor, jakby czytając w myślach. W końcu strzelam i... nie było tak źle. Przeciwnie. Adrenalina robi swoje.
Jeszcze niedawno na budynku strzelnicy przy ul. Marymonckiej w Warszawie wisiało hasło: „Strzelać każdy może”. Miało swój cel: odczarować miejsca takie, jak to. Pokazać, że nie są dziś zamkniętymi obiektami, do których chodzą tylko tajemniczy panowie. Dziś na strzelnicę można wejść prosto z ulicy.