Urzędy nie radzą sobie z falą obcokrajowców, którzy starają się zalegalizować pobyt w Polsce.
Aby złożyć wniosek o pobyt w Małopolskim Urzędzie Wojewódzkim, kolejka przed budynkiem ustawia się już o trzeciej nad ranem. – Nigdy nie wiadomo, ile rzucą numerków: 40, 60, 100. Osoby, którym kończy się wiza, muszą złożyć wniosek, aby pozostać w Polsce. W ostatnich dniach staliśmy przed urzędem od czwartej nad ranem i byliśmy na piątym miejscu w kolejce, więc ze spokojem czekaliśmy – mówi nam osoba zajmująca się pomocą cudzoziemcom (dane do wiadomości redakcji). – Tymczasem tuż przed otwarciem urzędu przed budynkiem zjawiło się kilku Ukraińców, którzy oświadczyli kolejkowiczom, że obowiązuje lista i aby pobrać numerek, trzeba się na nią wpisać. Były na niej także osoby, dla których we wcześniejszych dniach numerków zabrakło – dodaje zbulwersowana.
– Zapytałem wchodzącej do urzędu kierowniczki, czy ta lista będzie obowiązująca. Otrzymałem informację, że ona dla urzędu nie ma żadnej mocy prawnej. Tyle teoria. W praktyce okazało się, że w momencie gdy otworzono urząd, w drzwiach stanęli panowie od listy i wpuszczali tylko tych, którzy na niej widnieli. Odpychali tych, którzy chcieli dostać się siłą. Wymagali także okazania dokumentów. Prosiłem o interwencję, ale niestety ochroniarze wzruszyli ramionami i stwierdzili, że „teraz takie tu panują porządki” i nie będą się mieszać, bo dotyczy to sytuacji przed urzędem, a nie w środku – opowiada.
Zadzwoniliśmy w tej sprawie do małopolskiego urzędu. Zapewniono nas, że podjęte zostaną działania, które zapobiegną podobnym zdarzeniom. – W tym tygodniu zostaje uruchomiony system telefonicznej rejestracji na konkretną godzinę. Dwa numery będą funkcjonowały w godzinach pracy urzędu. W niedalekiej przyszłości wydział planuje uzyskać nowe lokale biurowe i przebudować sale obsługi cudzoziemców – zapewnia Krzysztof Marcinkiewicz, rzecznik prasowy wojewody małopolskiego.
Sprawą zainteresowało się także Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. Nie jest to bowiem odosobniony przypadek.
– Takie sytuacje zdarzały się już wcześniej w innych urzędach. To, co się teraz dzieje, to jakiś koszmar – mówi Ewa Kacprzak-Szymańska ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej.
W Warszawie mafia kolejkowa domagała się opłat za wpis na listę. Wprowadzenie telefonicznej rejestracji rozwiązuje ten problem, ale też ma mnóstwo mankamentów.
– Zainteresowanie jest tak duże, że bardzo często nie można się pod podane telefony dodzwonić. A nawet jeżeli się to uda, termin na złożenie wniosku o pobyt wyznaczany jest za kilka tygodni. W niektórych urzędach trzeba na niego czekać miesiącami. Tymczasem cudzoziemiec ma czas na jego złożenie do ostatniego dnia legalnego pobytu w Polsce. Jeżeli nie zdąży, musi wracać do swojego kraju i po raz kolejny starać się o wizę – mówi Ewa Kacprzak-Szymańska.
Zdaniem ekspertów problemem nie są przepisy, tylko zbyt mała liczba pracowników, którzy zajmują się sprawami obcokrajowców. A kłopot będzie narastać.
Tylko w ciągu roku liczba cudzoziemców wnioskujących o pobyt w Polsce wzrosła o 30 proc. W 2016 r. było ich 152 tys. Sytuacja jest jeszcze bardziej alarmująca, gdy spojrzy się na liczbę podań z 2013 r. Wówczas było ich zaledwie 52,5 tys.
– W urzędach po prostu brakuje rąk do pracy. Problemem jest również rotacja pracowników. Szybko odchodzą, bo praca jest wymagająca, stresująca i do tego słabo płatna – wskazuje Ewa Kacprzak-Szymańska.
Przez braki kadrowe nie tylko trudno umówić się na złożenie wniosku, ale miesiącami czeka się na decyzję. Postępowanie powinno trwać miesiąc, góra dwa w bardziej skomplikowanych przypadkach, tymczasem ciągnie się ono przez pół roku albo nawet 8–9 miesięcy.
Ukraińcy zalewają urzędy / Dziennik Gazeta Prawna