Od 2008 r. w Polsce pracujemy nad zbudowaniem zintegrowanego systemu kwalifikacji (ZSK). Ma on ułatwić zdobywanie dyplomów, świadectw, certyfikatów, które potwierdzają wiedzę, umiejętności i kompetencje, jakie posiadamy.
Reklama
Jak żaden inny kraj europejski prowadziliśmy bardzo szeroką debatę wokół ram kwalifikacji. Gdy pięć lat temu zaczęliśmy po raz pierwszy opowiadać, na czym to ma polegać i co to jest, to pamiętam wyraz lekkiego osłupienia w oczach naszych rozmówców. Teraz to jest język, którym mówią nasi partnerzy społeczni: organizacje pozarządowe, związki zawodowe, organizacje pracodawców i branżowe, firmy szkoleniowe. ZSK jest szansą dla pracowników, branż i rynku. Na czym będzie polegał ten system? Dziś pracodawca, widząc jakiś certyfikat czy świadectwo, nie ma pewności, czy to, co jest tam napisane, sprawdza się w rzeczywistości, ponieważ nie zawsze posiadanie certyfikatu oznacza, że ktoś zweryfikował tę wiedzę. Czasami jest to tylko poświadczenie, że ktoś chodził na jakiś kurs. A co z tego wyniósł – nie wiadomo. Tymczasem dyplomy powinny mówić o tym, co dana osoba naprawdę umie, a nie ile lat chodziła do szkoły czy studiowała.
Kwalifikacje to właśnie dyplomy, świadectwa, certyfikaty, więc czasem w dużym uproszczeniu mówimy, że kwalifikacja to papier, który zaświadcza o tym, że ktoś w wiarygodny sposób potwierdził swoją wiedzę, umiejętności i kompetencje społeczne. Kwalifikacje opisujemy językiem efektów uczenia się, czyli tego, czego faktycznie człowiek się nauczył, bez względu na to, jak się uczył i gdzie.
Kwalifikacje mają mieć określone poziomy Polskiej Ramy Kwalifikacji (PRK) – żebyśmy wiedzieli, jaki jest poziom zaawansowania kompetencji związanych z konkretną kwalifikacją. PRK można porównać do szafy z szufladami, obejmuje wszystkie efekty uczenia się i pomaga nam uporządkować kwalifikacje.
W ZSK wiarygodnie potwierdzamy to, czego ktoś się nauczył. System ten dba także o jakość. Dzięki temu pracodawcy będą wiedzieć, że kwalifikacje, które posiadają poziom PRK, są odpowiedniej jakości. A pracownicy, którzy je otrzymają, będą mogli łatwo pokazać, co umieją.
Dzięki temu, że do systemu może wejść to, czego uczymy się poza szkołą czy uczelnią, będzie wiadomo, ile są warte kursy i szkolenia oferowane przez firmy szkoleniowe różnych branż i pracodawców. Prościej też będzie uzyskać potwierdzenie swojej wiedzy i umiejętności nabytych poza systemem kształcenia, np. w toku pracy. Walidacja, czyli potwierdzanie kwalifikacji nie zawsze jest formalnym egzaminem, którego bardzo nie lubimy. To może być metoda portfolio, udział w projekcie, pokazanie swojego dzieła. Ważne jest to, żeby było to dostosowane do wymagań, które są związane z określoną kwalifikacją. Jeśli staramy się o podwyżkę, awans, zmianę pracy, to możliwość wykazania się dyplomem jest atutem. Jeżeli idziemy do pracodawcy i mówimy: znam świetnie język angielski, to on zapyta: a czy masz na to dowód? Jeśli mamy certyfikat, przeszliśmy przez proces oceniania i pokazujemy potwierdzenie umiejętności, to zawsze jest to inaczej odbierane przez pracodawcę. Warto więc poddawać się takiej ocenie.
Dzięki temu, że do systemu może wejść to, czego uczymy się poza szkołą czy uczelnią, będzie wiadomo, ile są warte kursy i szkolenia oferowane przez firmy szkoleniowe różnych branż i pracodawców
Za parę lat osoba poszukująca pracy, która pojawi się na rozmowie rekrutacyjnej, będzie miała ze sobą teczkę, a w niej różnego rodzaju świadectwa czy dyplomy dokumentujące wiedzę, umiejętności i kompetencje społeczne, a więc określone kwalifikacje związane z tym, czego się nauczyła i co zostało potwierdzone. Na każdym ze świadectw czy certyfikatów będzie cyferka poziomu polskiej ramy (od 1 do 8) wskazująca, jaki poziom kwalifikacji obejmujących wiedzę, umiejętności i kompetencje dana osoba posiada. Rekrutacja będzie o tyle prosta, że pracodawca, widząc dyplom, będzie wiedział, że ktoś wiarygodnie zbadał, czy dany kandydat umie to, co powinien. Z kolei firma szukająca pracownika będzie mogła jasno informować, jakich kwalifikacji, czyli dyplomów, potrzebuje.
W przyszłości ogłoszenia „Dam pracę” będą więc znacznie bardziej szczegółowo sformułowane niż obecnie. Dla pracodawców będzie to oznaczać zmniejszenie kosztów rekrutacji, bo nie będzie potrzeby stosowania skomplikowanych testów lub wywiadów. Dyplomy, którymi mają się posługiwać kandydaci, będą niosły te informacje. Łatwiej też będzie zmienić pracę, bo zawody traktujemy nie jako całość – one składają się z puzzli kwalifikacji.
Ponadto łatwiej będzie o pracę w Europie i o potwierdzenie rzeczywistej wartości polskiego wykształcenia. Dzięki temu, że Polska Rama Kwalifikacji została odniesiona do Europejskiej Ramy Kwalifikacji i tak samo do ERK zostały odniesione ramy kwalifikacji innych krajów UE, uzyskamy porównywalność kwalifikacji. Europejska Rama jest więc takim uniwersalnym tłumaczem wartości dyplomów. Na przykład kiedy technik będzie jechał do pracy za granicę, to poprzez nią będzie mógł odnieść swoją kwalifikację z Polski do innych tego typu dokumentów. Szukając pracy np. w Niemczech czy we Francji, będzie mógł określić, jakie powinny być jego stawki czy wynagrodzenie.