Tyrający od rana do nocy, na śmieciówkach lub jednej czwartej etatu. Jedni z najtańszych w Europie. Wynajęci lub przekazani. Bez szans na podwyżkę, prędzej odejdą, niż zasłużą na awans. Pracownicy z outsourcingu.
Jedna firma drugiej firmie zleca. Zarządzanie bazą, sprzętem, powierzchnią biurową lub siłą roboczą. Jak najtańszą. Nieważne, czy po studiach magisterskich, maturze, czy z podwójnym fakultetem. Ze znajomością trzech języków obcych czy jednego. Ważne, że tanio, szybko, dostatecznie. I na zewnątrz. Dzięki outsourcerowi (czytaj zarządcy wynajmu) zysk firmy ma wzrastać, a pracownika poza przypadkowymi spotkaniami w windzie nie trzeba w ogóle widywać. Koniec z proszeniem o urlop, nowy sprzęt lub przeniesienie. I chociaż z prawnego punktu widzenia nie do końca wszystkie obowiązki wobec pracowników przechodzą na outsourcerów, to główni pracodawcy po podpisaniu umowy zazwyczaj umywają ręce. Nie po to przecież płacą zarządcy, żeby martwić się, gdy siła robocza zacznie domagać się podwyżek, stałego zatrudnienia lub awansu. To outsourcer jest po to, żeby w sprytny sposób taką siłę wymienić, a outsourcerowy dział HR, żeby znaleźć nowych pracowników, którzy z pocałowaniem ręki zgodzą się pracować za jeszcze mniej. Przynajmniej przez kilka miesięcy. W ostateczności zawsze można przenieść firmę do kraju, gdzie siła robocza będzie jeszcze tańsza i mniej wyszczekana. Na przykład na Litwę.
Jak się nie podoba, to do widzenia