Jeszcze większa burza się rozpętała, gdy były szef służby cywilnej zastanawiał się nad ograniczeniem trzynastki do jej pięciu procent wartości i podziałem pozostałych środków dla najlepszych urzędników. Wtedy podniósł się lament: jak to, przecież są to prawa nabyte, urzędnik, który przychodzi do pracy, zapoznaje się z zasadami jego wynagradzania i tego się trzyma. Nie można zmieniać zasad gry w jej trakcje – grzmieli związkowcy.

No cóż, opór wobec zmian wśród pracowników instytucji publicznych zawsze był duży. Wystarczy przypomnieć sobie ustawę o racjonalizacji zatrudnienia w administracji. Urzędnicy byli w stanie przygotować ponad 600 uwag do tego dokumentu, który ostatecznie nigdy nie wszedł w życie.

Tymczasem urzędnicy w całej administracji co roku otrzymują kilka miliardów złotych na trzynastkę za to tylko, że są pracownikami. W wywiadzie dla DGP obecna szefowa służby cywilnej przyznała, że cały system wynagradzania jest skostniały. Co więcej, na moje pytanie, czy trzynastkę trzeba zlikwidować, odpowiedziała, że z pewnością nie ma ona charakteru motywacyjnego. W trakcie wywiadu widziałem determinację do tego, aby w urzędach wreszcie byli doceniani ci najlepsi, a osoby przychodzące do pracy tylko po to, by odhaczyć się na liście obecności, poczuły, że tego typu postępowanie będzie miało wpływ na ich wynagrodzenie. Mam nadzieję, że nowy rząd nie odwoła obecnego szefa służby cywilnej, bo jest to całkiem inna osoba niż jej poprzednik. Nie skupia się na gadaniu i sprawozdaniach, a także pisaniu notatek do notatek. Proponuje konkretne działania i bynajmniej nie pod publiczkę, co bywa popularne zwłaszcza przed wszelkiego rodzaju wyborami.Pozostaje mieć też nadzieję, że przyszedł czas na zreformowanie płac nie tylko w służbie cywilnej, lecz także w całej administracji państwowej. Do pełnego ideału potrzebny z pewnością będzie kodeks urzędników, który określałby jednolite zasady zatrudniania i wynagradzania ich.