Wszystko wskazuje na to, że w styczniu pensje urzędników wzrosną. Czy czuje się pani matką tego sukcesu?

Z pewności czuję się uczestnikiem tego procesu. Wkrótce po objęciu stanowiska szefa służby cywilnej skupiłam się na aktywnej współpracy z resortem finansów. Dotyczyła ona podwyższenia płacy w służbie cywilnej. Urzędnicy administracji rządowej mieli je zamrożone od 2009 r. i sytuacja robiła się powoli dramatyczna. Obecnie ponad 60 proc. członków korpusu ma pensję zasadniczą netto poniżej 2100 złotych. W związku z tym zaczynają się problemy z rosnącą fluktuacją kadr i coraz większą trudnością z zatrudnianiem, zwłaszcza specjalistów. Na przykład w inspekcji weterynaryjnej takie kłopoty to duże zagrożenie już nie dla służby cywilnej, ale i państwa, bo tworzy ryzyko narażenia zdrowia publicznego.

Czy te wywalczone przez panią podwyżki będą satysfakcjonować urzędników?

To jest trudne pytanie, bo czy jakiekolwiek podwyżki są w stanie zaspokoić nasze rosnące aspiracje? Już odzywa się bardzo wiele głosów krytycznych, że nie zdecydowano się na podwyższenie kwoty bazowej.

Także zdaniem ekspertów kwota bazowa powinna pójść w górę.

Podniesienie mnożnika kwoty bazowej byłoby niebezpieczne. Wzmacniałoby różnice płacowe w służbie cywilnej. Ci, którzy zarabiają mało, otrzymywaliby porównywalnie jeszcze mniej.

Jaki będzie podział środków na podwyżki?

Zwróciłam się z prośbą do kierowników urzędów o uwzględnienie w pierwszej kolejności osób, których wynagrodzenia zasadnicze kształtują się poniżej 2,5 tys. zł brutto. Dotyczy to głównie instytucji podległych wojewodzie. Mam nadzieję, że pracujący tam ludzie odczują różnice w zarobkach. Muszą czuć, że są wynagradzani za ciężką pracę, a nie otrzymują zasiłek. To sprawi, że stopień satysfakcji z wykonywanej pracy także wzrośnie.

Dlaczego w jednych urzędach budżet wynagrodzeń wzrośnie o 6 proc, a w innych tylko o 5 proc.?

Służba cywilna otrzyma około jednej czwartej z dwóch miliardów złotych, które zostały przekazane na podwyżki dla sfery budżetowej. Wytyczne zakładały maksymalny wzrost o 5,5 proc. w ministerstwach i urzędach centralnych, a w urzędach wojewódzkich o 6 proc. To oczywiście pułap, który nie musi zostać osiągnięty, bo pieniądze mają zostać przekazane najmniej zarabiającym jednostkom. Zwróciliśmy się wspólnie z resortem finansów, aby w inspekcjach handlowych, budowlanych i wspomnianych przeze mnie wcześniej weterynaryjnych, doszło do znaczących podwyżek. Urzędnicy tam zatrudnieni mogą otrzymać podwyżkę ponad 10-procentową. Jednak na takie wzrosty mogą liczyć tylko ci, którzy zarabiają najmniej. Przy czym ostateczny wzrost wynagrodzenia konkretnego pracownika będzie zależał od pracodawcy.

Wśród pieniędzy na podwyżki są też środki zabezpieczone dla tzw. R-ki, czyli ministrów i ich zastępców. Czy oni też powinni spodziewać się podwyżek?

Z pewnością ich płace powinny wzrosnąć. I choć środki na ten cel są zabezpieczone, to decyzja w tej sprawie należy do prezydenta, w którego kompetencjach leży znowelizowanie stosownego rozporządzenia.

Co do najmniej zarabiających mamy jasne kryterium przyznawania podwyżek, a jakie powinny być w urzędach centralnych i ministerstwach?

Głównym kryterium powinna być jakość pracy, efektywność poszczególnych pracowników i zaangażowanie.

Nie obawia się pani, że ci, którzy nie otrzymają podwyżek, będą żądać od dyrektorów generalnych wyjaśnień?

Nie można zapobiec temu, że cześć urzędników będzie niezadowolona z tego powodu, że nie otrzymała podwyżek.

Czy dyrektorzy dzieląc pieniądze na podwyżki, będą się kierować oceną okresową?

Gdyby ocena okresowa funkcjonowała prawidłowo, z pewnością byłaby bardzo dobrym miernikiem przy podejmowaniu decyzji o podwyżkach. To jest jednak jeden z tych podsystemów, który nie działa w służbie cywilnej. Aby ocena okresowa funkcjonowała prawidłowo, potrzebna jest nie tylko zmiana ustawy o służbie cywilnej, ale także bardzo szeroko zakrojony cykl szkoleń dla naczelników. To oni dokonują oceny największej grupy urzędników i powinni wiedzieć, że to, co robią, ma znaczenie. Nie powinny zapewniać sobie świętego spokoju przez automatyczne dobre lub bardzo dobre ocenianie podwładnych.

Nie obawia się pani protestów tych, których płace po nowym roku nie wzrosną?

Przed dyrektorami generalnymi duże wyzwanie, ale to jest naturalne wyzwanie dla menedżera. Musi potrafić dobrze wyjaśnić fakt, że część pracowników otrzymała określonej wysokości podwyżki, a część ich nie dostanie. Jestem przekonana, że dyrektorzy są do tego przygotowani. Niestety, zapewne w niektórych urzędach zdarzy się, że wszyscy otrzymają podwyżki po równo. Mam jednak nadzieję, że tych dyrektorów generalnych, którzy po równo podzielą przyznane środki, będzie niewielu.

Dlaczego jest pani przeciwna takiemu podziałowi?

Dyrektor generalny nie jest przewodniczącym związku zawodowego, ale pracodawcą. Musi dbać o interes urzędu.

Czy urzędnicy poza pisaniem pism do dyrektora generalnego będą mogli w inny sposób kwestionować brak podwyżki?

Nie. Z pewnością nie ma tu drogi sądowej.

Czyli będą odchodzić z pracy?

Niewykluczone, że takie sytuacje mogą mieć miejsce.

Istnieje obawa, że naczelnicy będą przyznawać nagrody, kierując się innymi kryteriami niż merytoryczne, np. sympatiami lub antypatiami wobec urzędników...

Naczelnik premiując kogoś, kto na to nie zasługuje, podcina gałąź, na której siedzi. Przecież jest oceniany z efektów pracy swojego wydziału. Dlatego w jego interesie jest premiowanie najlepszych. Niesprawiedliwości wynikające z premiowania po znajomości powinny być wychwytywane przez dyrektorów generalnych, bo pokrzywdzeni powinni się zwrócić do nich. Sądzę, że będzie kilka takich spraw. Natomiast w interesie dyrektora generalnego jest zbadanie, czy o przyznaniu podwyżki nie zadecydowały kwestie pozamerytoryczne. Ta podwyżka powinna być traktowana jako premia dla tych, którzy pracują wyjątkowo dobrze. Tym bardziej że nie mamy takiej części wynagrodzenia jak premia kwartalna.

Może najwyższy czas wprowadzić nowy system wynagradzania, który premiowałby najlepszych urzędników?

Rzeczywiście, obecny system wynagradzania jest bardzo skostniały i niemotywacyjny. Pracujemy nad nowym, który będzie znacznie bardziej elastyczny od tego, który mamy dzisiaj.

Czy w zapowiadanej przez panią reformie doszłoby do likwidacji trzynastki?

Odpowiem panu tak: trzynastka nie ma charakteru motywacyjnego.

Zdaje sobie pani sprawę, że podniosą się głosy urzędników i związkowców, że to są prawa nabyte.

Na razie, analizujemy i przyglądamy się obecnemu systemowi płac.

A co z dodatkiem stażowym? Czy powinien zostać zachowany w dotychczasowej formie?

On z pewnością motywuje do pozostania w służbie cywilnej czy też w administracji publicznej. W tym przypadku pozwala na związanie się z administracją na dłużej. Każdy, kto pracuje w administracji, ma świadomość, że z każdym rokiem jego pensja będzie wzrastać o jeden punkt procentowy, oczywiście do określonego limitu. Częściowo ma to charakter motywacyjny. Z pewnością należy się zastanowić nad wysokością i proporcjami dodatków do pensji. Tu jest szerokie pole do dyskusji. Najważniejsze jest stworzenie nowego systemu, który będzie motywował do pracy i zachęcał najlepszych do pozostania w administracji rządowej. Nowy system powinien mierzyć pracę, którą wykonuje urzędnik.

Ale dobrze pani wie, że w administracji trudno jest mierzyć wykonywanie niektórych czynności urzędniczych.

W służbie cywilnej wprowadziliśmy wartościowanie, co nie bardzo się powiodło. Trochę dlatego, że nigdy nie było pieniędzy, aby zakończyć ten proces. Dodatkowo został on zdecentralizowany, co spowodowało, że pracownik na takim samym stanowisku w jednym ministerstwie był inaczej punktowany niż w innym. Nie ma żadnego centralnego ciała weryfikującego te różnice. Byłoby to bardzo pożyteczne, ale też bardzo drogie. Centralizacja nie jest popularną metodą zarządzania. Dlatego też trzeba zbudować przejrzyste systemy, które byłyby jasne i sprawiedliwe.

A czy jest sens utrzymywania nagrody jubileuszowej, skoro urzędnicy dostają dodatek stażowy?

Jak już wspomniałam wcześniej, wszystkim składnikom wynagrodzenia trzeba się przyjrzeć i zastanowić, jak zmienić cały system, aby był on maksymalnie motywujący. Wbrew pozorom, byłoby to dobre nie tylko dla służby cywilnej, ale całej administracji. Problemy wynagrodzeń w służbie cywilnej są od samego początku, bo zawsze podnoszone były argumenty dotyczące praw nabytych.

W prywatnych firmach z reguły obowiązuje system premiowy, tymczasem jeśli chodzi o administrację, obowiązuje on tylko nielicznych pracowników skarbówki. Może takim systemem warto objąć wszystkich członków korpusu?

Praca w administracji różni się zasadniczo od pracy w sektorze prywatnym. Naszym celem nie jest maksymalizacja zysku, ale jak najlepsze zaspokojenie potrzeb obywateli w zakresie np. bezpieczeństwa czy ochrony zdrowia. Dlatego system premiowy istnieje tylko w skarbówce. Przy czym media go krytykują, gdyż ich zdaniem zachęca urzędników, aby ściągali jak najwięcej podatków, i to nie zawsze uczciwie. Ja się opowiadam za przejrzystym i zrozumiałym dla każdego członka korpusu systemem płacowym. Urzędnik musi wiedzieć, że jeśli zrobi określone zadania, to ma szansę na premię czy nagrodę, a jeśli tego nie zrobi i ograniczy się do wykonywania zadań wynikających z opisu stanowiska, to nie należą się dodatkowe pieniądze. Idąc dalej, jeśli urzędnik będzie robił mniej, niż to wynika z opisu stanowiska, powinien mieć świadowość, że będzie musiał się pożegnać z pracą w administracji.

Już widzę, jak tym pomysłem są zachwyceni urzędnicy...

Zdaję sobie sprawę, że zmiany muszą być poprzedzone szeroką dyskusją i rozmową ze związkami zawodowymi.

Kiedy będziemy znali szczegóły?

W najbliższych dniach chcemy przedstawić ocenę ex post ustawy o służbie cywilnej. Ujmiemy w niej wszystkie sfery, które należy poprawić. Kolejnym etapem będzie przygotowanie założeń do projektu nowej ustawy.

Czy to dobry czas na takie zmiany? Nie obawia się pani, że nowy rząd będzie chciał zmienić ustawę o służbie cywilnej?

Z tego, co wiem, mieliśmy więcej rządów niż nowych ustaw o służbie cywilnej.

Jeśli nowy rząd, a wiele wskazuje, że sformułuje go PiS, będzie chciał przywrócić Państwowy Zasób Kadrowy, czy podejmie się pani tego wyzwania?

Moim zadaniem jest dbałość o sprawne funkcjonowanie apolitycznego korpusu urzędników. Zaangażuję się w każdy projekt, który będzie temu celowi służył.

Mieliśmy ostatnio do czynienia z aferą w NIK, gdzie – jeśli wierzyć doniesieniom załatwiano stanowiska urzędnicze znajomym. Czy w służbie cywilnej sytuacja wygląda podobnie?

Nie. Jeśli otrzymuję sygnały, że coś jest nie tak z naborem, to po sprawdzeniu najczęściej okazuje się, że wszystko jest w porządku.

Czyli nie ma co pisać do pani donosów?

Sprawdzam każdy sygnał. Zdarzało mi się, że zaleciłam powtórzenie naboru.

Co chce pani jeszcze zmienić?

Doprowadzić do tego, aby konsultacje społeczne aktów prawnych były prawdziwe, a nie tylko dobrze wyglądały na papierze. W tym celu urzędnicy muszą rozwiewać wszelkie wątpliwości osób, które interesuje określony projekt ustawy czy też rozporządzenia.

Nie sposób nie zapytać też o studentów. Dlaczego nie szturmują administracji państwowej w kwestii odbywania praktyk?

Otwarcie administracji na studentów trochę ich samych zaskoczyło. Uczelnie też uczą się współpracy z nami nad indywidualnymi programami praktyk. Spodziewamy się jednak coraz większego zainteresowania. Przypuszczam, że za rok o tej porze będzie więcej chętnych. Do dziś urzędy ogłosiły w sumie 17 tys. ofert praktyk.

A ile studentów z nich skorzystało?

Dokładne raporty ze wszystkich urzędów będziemy zbierać na początku przyszłego roku. Teraz zajmujemy się opieką nad studentami, a nie raportami.