Ratują ludziom życie, ale są zatrudniani na umowach cywilnoprawnych i zarabiają grosze. Ratownicy medyczni, których jest dwukrotnie więcej, niż potrzebuje ich system, zasilają szeregi bezrobotnych lub pracują poniżej kwalifikacji. Ostatnio powstał pomysł, jak wykorzystać ich dla dobra pacjentów. Mieliby zostać przekwalifikowani na pielęgniarzy. Rozwiązanie doprowadzi do nieuchronnego konfliktu – przestrzegają obie grupy zawodowe.

Najmniej w Europie

Szpitale coraz bardziej odczuwają bowiem niedobór pielęgniarek. W Polsce jest ich obecnie 225 tys. Oznacza to, że na tysiąc mieszkańców przypada ich w Polsce zaledwie 5,4. To najniższy wskaźnik w Europie. W Danii wynosi on 15,4, w Wielkiej Brytanii 9,1, w Czechach 8, a na Węgrzech 6,2.

Tymczasem wśród ratowników medycznych sytuacja jest odwrotna. Ich profesja mimo że jest stosunkowo młoda – została wpisana przez ministra pracy i polityki społecznej do klasyfikacji zawodów w 2004 r. – przeżyła ogromny boom. Szkoły i uczelnie, które kształciły w tym zawodzie, wyrastały jak grzyby po deszczu.

Od kilku lat system ratownictwa medycznego jest więc nasycony, a nowi absolwenci zasilają szeregi klientów urzędów pracy. Według danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w końcu II półrocza 2014 r. w urzędach pracy było ich zarejestrowanych już 867. I na nic się zdała decyzja Ministerstwa Edukacji Narodowej, które na wniosek resortu zdrowia w roku szkolnym 2012/2013 r., zaczęło wygaszać nabór do szkół policealnych kształcących ratowników medycznych (obecnie tę profesję można uzyskać tylko po ukończeniu studiów licencjackich na kierunku ratownictwo medyczne).

Zdaniem ekspertów decyzja została podjęta zbyt późno. W efekcie ratowników na rynku pracy jest zwyczajnie za dużo. I coś z tym trzeba zrobić.

– Powstał pomysł, aby ich przekwalifikować na pielęgniarki – ujawnia prof. Juliusz Jakubaszko, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Ratunkowej.

Zgodnie z tą koncepcją ratownicy, aby uzyskać prawo wykonywania zawodu pielęgniarki, musieliby ukończyć tylko studia wyrównawcze na kierunku pielęgniarstwo. Nie musieliby jednak studiować kolejnych trzech lat, aby uzyskać nowe uprawnienia.

– Z naszych kalkulacji wynika, że takie studia mogłyby trwać półtora roku. Opracowaliśmy koncepcję, przekazaliśmy ją resortowi zdrowia. Pomysł spodobał się ministrowi, więc czekamy na jego zielone światło – dodaje prof. Jakubaszko.

Są ograniczeni

Zgodnie z ustawą o Państwowym Ratownictwie Medycznym z 8 września 2006 r. (t.j. Dz.U. z 2013 r. poz. 757 ze zm.), ratownicy mogą wykonywać medyczne czynności ratunkowe – czyli ratować życie ludzi – tylko pracując w karetkach oraz szpitalnych oddziałach ratunkowych (SOR). Natomiast przekwalifikowani mogliby znaleźć zatrudnienie w oddziałach intensywnej terapii lub innych jednostkach szpitalnych. Mieliby tam uzupełniać braki w obsadzie pielęgniarskiej. Zresztą niektórzy dyrektorzy szpitali już teraz dają im pracę poza SOR, tylko na zupełnie inaczej nazwanym stanowisku.

– Żeby odciążyć pielęgniarki, zatrudniamy ich jako opiekunów pacjenta, ale takich pracowników też już mamy w nadmiarze – podkreśla Marek Nowak, dyrektor Szpitala im. Biegańskiego w Grudziądzu.

Tymczasem pomysł Polskiego Towarzystwa Medycyny Ratunkowej nie podoba się ratownikom medycznym. Uznają go za wyważanie otwartych drzwi. Wskazują, że jest inne dużo prostsze rozwiązanie, które poprawi ich sytuację zawodową, a nie wymaga uzupełniania wykształcenia.

– Wystarczy otworzyć nasz zawód. Jest tyle miejsc, np. armia, straż pożarna, izby przyjęć, zespoły resuscytacyjne działające w ramach szpitali czy transport międzyszpitalny, gdzie mogłaby być wykorzystywana umiejętność ratowania ludzi, a nie pozwalają na to przepisy. Trzeba je zmienić tak, aby ratownicy medyczni mogli wykonywać swój zawód poza systemem państwowego ratownictwa medycznego. Dużą ich grupę chce np. zatrudnić wojsko. Siły zbrojne zabiegają o to od kilku lat, ale do tej pory bezskutecznie – podkreśla Andrzej Kopta, wiceprezes Społecznego Komitetu Ratowników Medycznych.

– Osoba, która świadomie wybiera studia z zakresu ratownictwa medycznego i chce ratować ludzkie życie, niekoniecznie będzie zainteresowana pracą na oddziale wewnętrznym czy geriatrii i wykonywaniem zadań, takich jak pielęgnacja – wtóruje Edyta Wcisło, przewodnicząca Polskiej Rady Ratowników Medycznych.

Jej zdaniem ratownicy medyczni mogliby się sprawdzić w oddziałach intensywnej terapii czy w nocnej i świątecznej pomocy medycznej, bo w tym ostatnim miejscu pracy mogliby jeździć wraz z lekarzem w karetce i w razie potrzeby udzielać świadczeń ratujących życie chorym.

Ratownicy ostrzegają też, że nieprzemyślane rozwiązania nie rozwiążą problemu ich nadmiaru, a doprowadzą jedynie do skonfliktowania ich z pielęgniarkami. Potwierdza to pierwsza reakcja pielęgniarek na nowy pomysł.

– Systemy kształcenia pielęgniarek i ratowników medycznych są zupełnie inne. Studia licencjackie na kierunku pielęgniarstwo trwają 4600 godzin, z czego połowa to praktyczna nauka zawodu. Nie da się tego uzupełnić w trybie szybkiej ścieżki. Nie tak należy uzupełniać niedobory w kadrze pielęgniarskiej – podkreśla Grażyna Rogala-Pawelczyk, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych.

Pieśń przyszłości

Ministerstwo Zdrowia nie udzieliło wczoraj DGP odpowiedzi na pytanie, czy pomysł Polskiego Towarzystwa Medycyny Ratunkowej będzie realizowany. Wiadomo jedynie, że resort pracuje nad nowelizacją ustawy o PRM.

Rok temu jej projekt został poddany konsultacjom społecznym. Przewidywał poszerzenie kompetencji zawodowych ratowników o wykonywanie innych zadań niż medyczne czynności ratunkowe, m.in. o udzielanie świadczeń w szpitalach, w ratownictwie górskim, narciarskim i wodnym. Mogliby być oni wykorzystywani także przy zabezpieczaniu medycznym imprez masowych. Możliwość ich sfinalizowania w obecnej kadencji parlamentu ze względu na kalendarz wyborczy staje się jednak coraz mniej realna.