Nie mam nic przeciwko temu, aby mundurowi zarabiali więcej. Wielokrotnie podkreślałem, że przy modernizacji armii wartej miliardowych nakładów nie można zapomnieć o osobach, które będą obsługiwać ten nowoczesny sprzęt.

Oczywiście można dyskutować, czy żołnierze zarabiają przyzwoicie, czy też ich uposażenia wciąż są na głodowym poziomie. Chociaż Maciej Jankowski, wiceminister obrony narodowej, zapytany przeze mnie o zarobki w armii, odparł swego czasu: „Praca w wojsku jest postrzegana jako atrakcyjna. Oczywiście każde wynagrodzenie może być większe i każdy chciałby więcej zarabiać”.

Tymczasem ostanie podwyżki w armii były w lipcu 2012 r. Wtedy wszyscy otrzymali po 300 zł. Najbardziej ucieszyli się szeregowi, bo ich uposażenie podstawowe wzrosło do 2,8 tys. zł, a najmniej generałowie, którzy średnio zarabiają ponad 10 tys. zł więc nawet nie odczuli tej podwyżki. Tym razem ma być inaczej. Nie będzie urawniłowki, czyli nie wszyscy po równo. Najwięcej mają otrzymać podoficerowie i oficerowie. Po resorcie obrony narodowej krąży już nawet żart, że ci pierwsi pożyczają pieniędze od szeregowych, aby przeżyć kolejny miesiąc do pierwszego, czyli dnia wypłaty. Wszyscy w armii mówią o spłaszczeniu siatki płac żołnierzy. Trudno się z tym nie zgodzić i najwyższy czas to zmienić.

Według mnie podwyżki nie powinny być jednak zwykłą kiełbasą wyborczą. Powinny motywować do lepszej służby i zdobywania kolejnych awansów. Dlatego trzeba po pierwsze zmienić siatkę płac, tak aby po awansie na wyższy stopień żołnierz odczuwał finansową poprawę. Po drugie, należy przyjrzeć się poszczególnym stanowiskom i doceniać podwyżkami w pierwszej kolejności tych, którzy zaliczają bardzo dobrze sprawdzian z WF, a nie tych, którzy się od niego uchylają. Należy również zadbać o tych, którzy mają bardzo dobrą opinię służbową i cały czas podwyższają swoje kwalifikacje.

Z całą premedytacją pominąłbym w tych podwyżkach generałów i pseudożołnierzy, którzy siedzą za urzędniczymi biurkami, a wiedzę o wojsku posiedli z książek beletrystycznych.