Za pieniądze, które dostajemy, pracować się nie da. Ministerstwo twierdzi, że nic nie może zrobić, bo istnieje algorytm, który przydziela środki. Opracowało go oczywiście to ministerstwo
Imię i nazwisko?
Reklama
Stanisław Żerko.

Reklama
Zawód?
Historyk i niemcoznawca. Profesor zwyczajny z 30-letnim stażem. Pracownik Instytutu Zachodniego w Poznaniu, czyli elitarnej jednostki badawczej zajmującej się interdyscyplinarnym badaniem Niemiec. Ich historii, polityki, gospodarki, a ostatnio coraz mocniej roli w integracji europejskiej. Według kryteriów Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego Instytut Zachodni to uczelnia o prestiżowej kategorii A.
A ile pan zarabia w tej elitarnej jednostce badawczej?
1580 zł i 17 gr na rękę. Tyle wyniosła moja ostatnia pensja.
Jak to możliwe?
W tym roku Instytut Zachodni w Poznaniu obchodził 70-lecie swojego istnienia. Odczytano bardzo sympatyczne listy gratulacyjne od prezydenta Komorowskiego, premier Kopacz i minister nauki prof. Kolarskiej-Bobińskiej. Uroczystość zaszczycił sekretarz stanu w kancelarii premiera Władysław Bartoszewski. Usłyszeliśmy, jakie instytut ma wielkie osiągnięcia i jak ważną rolę odegrał w dostarczaniu rzeczowej ekspertyzy na temat naszego zachodniego sąsiada. Dwa miesiące później dowiedzieliśmy się jednak, że dotacja na działalność placówki została obniżona o kolejne 20 proc. W tej chwili dostajemy 870 tys. zł rocznie. Pięć lat temu na swoją działalność instytut otrzymywał z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego 2,4 mln zł.
Cięcia, cięcia.
10 lat temu w instytucie pracowało 34 pracowników naukowych plus kilkanaście osób z obsługi biblioteki i wydawnictwa czy administracji. Pięć lat temu profesor zarabiał u nas ok. 3 tys. zł, a adiunkt 2,3 tys. zł. Już wtedy nie byliśmy krezusami. Wielu kolegów – zwłaszcza specjalistów od prawa międzynarodowego – odeszło do lepiej płatnych zajęć. Niektórzy uciekali na uniwersytet czy do szkół prywatnych, żeby „odbębnić” godziny dydaktyki i jakoś się utrzymać. Ale jakoś to funkcjonowało. Rozumowałem wtedy w ten sposób: to nic, że zarabiamy w instytucie poniżej średniej krajowej. Istnieje przynajmniej pewna infrastruktura, która umożliwia spokojne prowadzenie badań. Jest dobrze wyposażona biblioteka i archiwum. Ale szybko się okazało, że to była iluzja.
Bo?
Bo nadeszły kolejne cięcia. I przypomnę, że w ostatecznym rozrachunku mówimy o sumie 1580 zł i 17 gr netto. Za to trudno utrzymać rodzinę. O takich „ekstrawagancjach” jak zakup nowych książek czy periodyków nawet już nie wspominam.
Niech pan opowie więcej. Jak się żalić, to na całego.
Sytuacja jest dosyć ponura. Bo z jednej strony dysponujemy olbrzymią specjalistyczną biblioteką. Dominują w niej jednak publikacje sprzed 1989 r. Wtedy – choć o dewizy było trudno – instytut był na bieżąco z niemiecką literaturą i tamtejszymi czasopismami. Dziś jednak budżet instytutu na zakup książek do budowanej przez 70 lat biblioteki wynosi... zero złotych. Ilekroć prosimy Ministerstwo Nauki o pieniądze na tak rozumiane narzędzia pracy, to słyszymy powątpiewanie, czy aby na pewno biblioteka jest nam do czegoś potrzebna.
Dobrze, że wam nie powiedzieli: „Przecież wszystko jest dziś w internecie”.
Proszę nawet nie żartować, bo jeszcze ktoś to potraktuje serio. Tak czy inaczej, sygnał jest taki, żebyśmy nie prosili. Bo „nie ma i nie będzie”.
A może Instytut Zachodni wypełnił już po prostu swoją historyczną rolę? Był kuźnią niemcoznawczych kadr. Dał Polsce takich fachowców, jak choćby pierwszy szef dyplomacji III RP Krzysztof Skubiszewski, który wynegocjował potwierdzenie granic na Odrze i Nysie przez rząd Helmuta Kohla. Ale dziś sprawami niemieckimi zajmuje się wiele innych ośrodków. Głównie działających w obszarze trzeciego sektora think tanków. Dla państwa wychodzi taniej.
To prawda, że mamy dziś wiele takich ośrodków. Ale żaden think tank nie może się pochwalić tak dużą niezależnością i tradycją badawczą jak instytut naukowo-badawczy finansowany z budżetu. Oczywiście każdy kraj może z oszczędności zrezygnować z takiej ekspertyzy. I poprzestać na tym, co mu dostarcza rynek analityczny. Ale nie będzie miał wtedy pewności, że to, na czym bazuje, to obraz niezależny. Mamy też obiektywne okoliczności, które mogą prowadzić nas do wniosku, że misja Instytutu Zachodniego wcale nie wygasła.
Chyba jest dokładnie przeciwnie. Bo o ile jeszcze w latach 90. niektórzy się łudzili, że Niemcy rozpłyną się w zjednoczonej Europie, to teraz widać, że tak się nie stało. Dziś cała Europa od Grecji po Brukselę zastanawia się nad kwestią niemiecką i uważnie obserwuje procesy zachodzące u naszego zachodniego sąsiada.
I, jak na ironię, w takich okolicznościach najbardziej renomowany polski ośrodek badań niemcoznawczych jest na najlepszej drodze do tego, by roztrwonić gromadzony tu przez całe dekady potencjał. Czy to nie jest jakieś groteskowe marnotrawstwo publicznych zasobów?
Proszę mi wobec tego wyjaśnić, dlaczego Instytut Zachodni upada.
Jedna z interpretacji jest ściśle polityczna. Wedle tej logiki rząd PO po przejęciu władzy w 2007 r. dokonał bardzo silnego zwrotu proniemieckiego w polityce zagranicznej. I przestało mu zależeć, by badano w sposób krytyczny i dociekliwy stosunki polsko-niemieckie. Również te dotyczące przeszłości.
I takie naciski faktycznie były?
Były sygnały, że przeszłością stosunków polsko-niemieckich aż tak bardzo zajmować się nie należy. Pracownicy instytutu usłyszeli to na przykład z ust ówczesnego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego podczas jego wizyty u nas w Poznaniu w 2008 r. Mówili to też przedstawiciele MSZ zasiadający w radzie naukowej instytutu. I nie chodziło tu tylko o przeszłość okupacyjną, ale również o historię ostatnich 25 lat. Niedawno poseł PO Rafał Grupiński powiedział, że jego zdaniem instytut powinien się zajmować przyszłością, prognozowaniem.
Ja bym do tego nie przywiązywał nadmiernej wagi. Po prostu politycy tego akurat ugrupowania lubią się prezentować jako ludzie patrzący do przodu. Chcą pokazać, jacy są nowocześni i europejscy. Takie gadanie.
I ja się z tą polityczną interpretacją upadku instytutu też nie do końca zgadzam. Moim zdaniem prawda jest dużo bardziej banalna. I tym samym bardziej żałosna.
To znaczy?
Upadek Instytutu Zachodniego to nic innego, jak skutek reformy finansowania nauki i szkolnictwa wyższego, która weszła w życie w 2010 r. Ta reforma uderzyła przede wszystkim w instytuty naukowo-badawcze, zwłaszcza te humanistyczne. W Polsce były cztery takie jednostki. Prócz nas jeszcze Instytut Śląski w Opolu, Instytut Europy Środkowo-Wschodniej w Lublinie i Ośrodek Badań Naukowych im. Wojciecha Kętrzyńskiego w Olsztynie. Na ich tle my jeszcze się jakoś trzymamy. Ale nie na długo. Bo za takie pieniądze funkcjonować się nie da.
Co na to wasz mocodawca?
Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego twierdzi, że nic nie może robić. Bo istnieje algorytm finansowania, który przydziela pieniądze w sposób obiektywny. Problem w tym, że algorytm ten został opracowany właśnie w tymże resorcie. Zgodnie z algorytmem pensja profesora wynosi 1580 zł, a młodszych pracowników ok. 1300 zł.
Możecie przecież szukać dodatkowych źródeł finansowania.
Owszem, i to właśnie jest przekaz płynący z ministerstwa. I my ich szukamy. Odnosząc na tym polu nawet pewne sukcesy. Ja na przykład niedawno skończyłem realizację kolejnego indywidualnego grantu z Narodowego Centrum Nauki. Tyle tylko, że środki, które się stamtąd otrzymuje, są przeznaczone na finansowanie badań. To znaczy, że mogę za te pieniądze zrobić kwerendę w archiwach niemieckich (koszty podróży i pobytu). Ale kupić butów dla dziecka już nie. Na dodatek prawdopodobieństwo, że się otrzyma grant z NCN, wynosi dziś ok. 15 proc. Więc budowanie na grantach jakiejkolwiek perspektywy finansowej jest czysto iluzoryczne.
To jakby powiedzieć pracownikom: „Wiem, że słabo wam płacę, ale przecież statystycznie jeden na dziesięciu z was co jakiś czas dostaje premię. Więc o co wam chodzi?”.
Inny argument ministerstwa jest taki, że przecież większość pracowników instytutu i tak pracuje gdzie indziej. Ale to przecież mylenie przyczyn ze skutkami. Bo jak profesor ma utrzymać rodzinę za 1580 zł i 17 gr miesięcznie?
I co będzie dalej?
To jest w tym wszystkim najbardziej żałosne, że pewnie nic. Oficjalna wersja jest taka, że pracownicy w trosce o przyszłość instytutu „dobrowolnie” zgodzili się na obniżki płac o połowę. Wściekam się, jak to słyszę i o tym czytam!
A jak było?
Pracownicy zostali zmuszeni do akceptacji aneksów do umów o pracę. To nie były negocjacje. To był dyktat. Ja na przykład powiedziałem, że nie podpiszę tego „dobrowolnego” dokumentu.
I co?
Usłyszałem, że w takim razie instytut będzie się musiał ze mną pożegnać. W końcu podpisałem.
A inni pracownicy?
Większość jest zrozpaczona i zażenowana. I uważa, że i tak nic się nie da zrobić. Mają wrażenie, że to już długo nie potrwa.
Czyli dominuje bierność?
Raczej poczucie bezradności. Pozostałe osoby się miotają. Niektórzy próbują nagłaśniać sprawę i pisać petycje do ministerstwa w nadziei, że ktoś rozsądny w Warszawie potraktuje nas poważnie. Takie listy pozostają jednak zazwyczaj bez odpowiedzi. A nawet jak odpowiedź jest, to i tak polega ona zwykle na przywołaniu osławionego algorytmu, który przyznał nam tyle pieniędzy i więcej przyznać nie może. Mimo tego są w instytucie i tacy, którzy mają nam za złe, że w ogóle walczymy. Twierdzą, że pisząc gniewne listy albo chodząc do mediów i narzekając na ministerstwo, sami podkopujemy i tak lichutkie już fundamenty instytutu. Bo władza się rozsierdzi i zlikwiduje nas ostatecznie.
Poważnie? Tak się boicie władzy?
Na to nakładają się podziały polityczne. I to takie na poziomie bardzo ogólnym, sięgającym polityki krajowej. W środowiskach akademickich poparcie dla PO wciąż jest duże. Bardzo często pojawia się też argument, że jak Platforma osłabnie, to przyjdzie „ten straszny PiS”. A jak już przyjdzie, to nastąpi jakaś bliżej nieokreślona katastrofa. Wielu ludzi ma więc autentyczny dylemat. Z jednej strony widzą, że ich ukochana Platforma robi w nauce i szkolnictwie wyższym rzeczy fatalne. Z drugiej wciąż tłumaczą sobie, że pewnie nie ma alternatywy. Znów więc oddadzą głos na PO.
A związków zawodowych w Poznaniu nie macie?
Nie. W Instytucie Zachodnim nie ma związków zawodowych.
To co was powstrzymuje przed ich założeniem?
Sam pan dobrze wie, jaka jest w Polsce atmosfera wokół związków. Wiele osób do Solidarności się nie zapisze, bo uważają ją za środowisko PiS-owskich radykałów. ZNP też jest przedstawiany jako grupa pieniaczy. Panuje przekonanie, że związki, nawet gdyby istniały, to i tak by nic nie ugrały. Ja sam w to wątpię, choć, jak pan widzi, teoretycznie ta perspektywa jest mi bliska.
Zostaje stara zasada „każdy sobie rzepkę skrobie”.
Niestety. I to jest przerażające. Od lat słyszę bardzo krytyczne uwagi o tym, co się dzieje z polską nauką. Te żale wylewamy jednak najczęściej w rozmowach prywatnych. Co najwyżej ponarzekamy sobie na radzie naukowej albo na radzie wydziału. I to jest koniec. Pozostaje bierna akceptacja.
Ducha buntu tu faktycznie nie widać.
W tym sensie trwająca reforma nauki i szkolnictwa wyższego ten stan jeszcze utwierdza. Głównym instrumentem kontroli naukowców staje się punktowanie ich dorobku. Powstaje więc nowa grupa pracowników naukowych, którzy się bardzo dobrze w tym sparametryzowanym systemie czują. Specjalizują się w produkowaniu tekstów, których celem jest tylko to, by ich autor zdobył potrzebne mu punkty. Ten system promuje osobowości, które potrafią się dobrze dopasować. Polski uniwersytet przestaje być miejscem, gdzie kwitnie wolny, niezależny duch. Podejrzewam, że dziś zryw 1980 r. nie miałby szans na powodzenie.
A czuje się pan prekariuszem?
Nie. (chwila wahania) Ale mój przypadek jest specyficzny. Byłem na kilku prestiżowych stypendiach naukowych, łącznie spędziłem na badaniach za granicą trzy i pół roku. Początki mojej kariery naukowej przypadają na lata 90. A wtedy nauka była jeszcze – mimo ogólnej transformacyjnej zawieruchy – całkiem nieźle finansowana. Miejsca pracy w akademii dawały przynajmniej poczucie jakiejś elementarnej egzystencjalnej stabilizacji. Z pensjami porównywalnymi z innymi pracownikami budżetówki. Im dalej od 1989 r., tym nam, akademikom, jest gorzej. Zwłaszcza pod względem socjalnym. Bardzo współczuję ludziom, którzy dziś startują z karierą naukową. Jeśli nie zdecydują się na emigrację, to czeka ich praca na przykład na jednej czwartej etatu za ok. 700–800 zł.
Kogo pan wini za ten stan rzeczy?
Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Ono realizuje od kilku lat swoją ambitną reformę. Zaczęła ją minister Kudrycka. Kontynuuje minister Kolarska-Bobińska.
Co im pan zarzuca?
Krótkowzroczność. Niestety, oni głęboko wierzą w sens tego, co robią. Nie potrafię tego zrozumieć. To chyba jakiś rodzaj fanatyzmu, sekciarstwa.
Ale przecież to nie jest tak, że polską naukę reformują jacyś spadochroniarze oderwani od akademickiej rzeczywistości. Barbara Kudrycka to profesor nauk prawnych. Lena Kolarska-Bobińska jest uznanym socjologiem.
A wiceminister nauki to z kolei ekonomista z Poznania Marek Ratajczak, który odpowiada posłom na ich interpelacje w sprawie Instytutu Zachodniego, nie stroniąc od manipulacji. Ci ludzie forsują reformę, nie licząc się z oporami środowiska naukowego. Nie przyjmują argumentów, że ich kult efektywności realizowany w warunkach obniżania nakładów na naukę prowadzi do upadku polskiej nauki. Ostatnio znów słyszałem, że minister Kolarska-Bobińska marzy o „odbiurokratyzowaniu polskiej nauki”. Wydaje mi się, że wiem, jak to się skończy.
Jak?
W ministerstwie powołana zostanie komórka ds. odbiurokratyzowania. Na jej czele stanie „menedżer”, który będzie musiał się wykazać odpowiednimi wynikami. Nałoży więc na naukowców kolejne obowiązki wypełniania tabelek, jak postępuje „odbiurokratyzowanie”. Dodatkowych pieniędzy na to oczywiście nie będzie. Na naukę zostanie jeszcze mniej czasu i energii. Już dziś takiego cichego umierania polskiej nauki, jak to dziejące się u nas w Poznaniu, jest więcej. Najczęściej są to jednak historie nieopowiedziane.
Dziś budżet instytutu na zakup książek do budowanej przez 70 lat biblioteki wynosi... zero złotych. Ilekroć prosimy Ministerstwo Nauki o pieniądze na tak rozumiane narzędzia pracy, to słyszymy powątpiewanie, czy aby na pewno biblioteka jest nam do czegoś potrzebna