Mowa o Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju (MIiR), które powstało 27 listopada 2013 r. wskutek połączenia dwóch resortów. Nie wyrównano jednak zarobków urzędników, choć dysproporcje sięgają średnio 1300 zł miesięcznie.

– Pracownicy byłego Ministerstwa Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej są rażąco gorzej wynagradzani od tych z dawnego Ministerstwa Rozwoju Regionalnego, mimo że zajmują takie same stanowiska i wykonują taką samą pracę – mówi urzędniczka MIiR (dane do wiadomości redakcji). – Trudno nam uwierzyć, że w podległym pani wicepremier Elżbiecie Bieńkowskiej superresorcie jest lekceważone prawo pracy – dodaje.

Zbyt mało czasu

Nieistniejące już Ministerstwo Rozwoju Regionalnego sklasyfikowane było na drugim miejscu pod względem najlepiej zarabiających (średnie wynagrodzenie wynosiło 7,8 tys. zł z dodatkową nagrodą roczną). W resorcie transportu, budownictwa i gospodarki morskiej zarobki były znacznie niższe (6,5 tys. zł).

– Wszelkie różnice, które mogą mieć miejsce, w żadnym razie nie są skutkiem decyzji podejmowanych w MIiR – podkreśla Piotr Popa, rzecznik prasowy MIiR. Dodaje, że na zmianę tej sytuacji było zbyt mało czasu. Od powstania nowego resortu minęły bowiem dopiero trzy miesiące.

Rzecznik MIiR tłumaczy, że wiele stanowisk jest opłacanych ze środków UE i dlatego może dochodzić do takich różnic. Ponadto wskazuje, że wysokość środków na wynagrodzenia pracowników ministerstwa jest określona w ustawie budżetowej na rok 2014 – odrębnie dla każdej części budżetowej. I tak np. część 18 dotyczy – budownictwa, lokalnego planowania i zagospodarowania przestrzennego oraz mieszkalnictwa, część 21 – gospodarki morskiej, a część 34 – rozwoju regionalnego. Poszczególne działy nowego resortu są więc wynagradzane z różnych części budżetu.

– Wysokość wynagrodzeń może być ustalana wyłącznie w ramach posiadanych środków finansowych – przekonuje Piotr Popa.

Walka o wyrównanie

– Osoby wykonujące taką samą pracę na tym samym stanowisku powinny zarabiać tak samo. Nie może dochodzić do sytuacji, że różnica w wynagrodzeniu zasadniczym wynosi nawet kilkaset złotych – uważa Zbigniew Bartoń, przewodniczący sekcji Krajowej Pracowników Administracji Rządowej i Samorządowej NSZZ „Solidarność”.

Według niego urzędnicy, którzy czują się pokrzywdzeni pod względem płacowym, powinni pozwać nowe ministerstwo. Najprawdopodobniej jednak do tego nie dojdzie, bo większość z nich obawia się o pracę.

– To jest bardzo demoralizujące i z pewnością prowadzi do złej atmosfery w nowym ministerstwie. Oczywiste powinno być to, że za taką samą pracę w tej samej instytucji przysługuje takie samo wynagrodzenie – potwierdza prof. Krzysztof Kiciński, wiceprzewodniczący Rady Służby Cywilnej.

Dodaje, że jeśli urzędnicy zwrócą się do Rady, to ta przyjrzy się sprawie. Zaznacza, że również kancelaria premiera po otrzymaniu takich informacji mogłaby zarządzić doraźną kontrolę.

Prawnicy wskazują, że w tej sprawie trzeba posiłkować się art. 183c kodeksu pracy. Zgodnie z nim pracownicy mają prawo do jednakowego wynagrodzenia za jednakową pracę lub pracę o jednakowej wartości. Chodzi o czynności, których wykonywanie wymaga porównywalnych kwalifikacji zawodowych potwierdzonych dokumentami przewidzianymi w odrębnych przepisach lub praktyką i doświadczeniem zawodowym, a także porównywalnej odpowiedzialności i wysiłku. Ponadto wspomniane wynagrodzenie obejmuje wszystkie jego składniki, bez względu na ich nazwę i charakter.

– Jeśli w nowym ministerstwie nie przeanalizowano stanowisk pod tym kątem, to urzędnikom będzie przysługiwało roszczenie o wyrównanie wynagrodzenia – mówi dr Stefan Płażek, adiunkt w Katedrze Prawa Samorządu Terytorialnego Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Zanim pokrzywdzony urzędnik złoży pozew do sądu pracy, powinien wezwać dyrektora generalnego tej jednostki do dokonania stosownych zmian o wynagrodzeniu w jego umowie – dodaje.

Zdaniem prawników ministerstwo powinno niezwłocznie przeanalizować płace na poszczególnych stanowiskach, bo inaczej narazi się na zarzut popełnienia wykroczenia przeciwko prawom pracowniczym.

Dysproporcje w resortach

W administracji rządowej różnice płacowe są też widoczne np. w poszczególnych ministerstwach. Najlepiej – ok. 8 tys. zł – zarabia się w MSZ, a najmniej – ok. 5,8 tys. zł – w resorcie zdrowia.

– Urzędnicy z tych jednostek nie mogą się jednak powoływać na dyskryminację płacową, bo w każdej z nich jest inny pracodawca – wyjaśnia prof. Krzysztof Kiciński.

O dyskryminacji płacowej mówią też urzędnicy, którzy pracują w resortach siłowych. – Ciągle pojawia się problem na styku członków korpusu służby cywilnej i policjantów oraz żołnierzy siedzących za biurkiem – wskazuje Zbigniew Bartoń. Dodaje, że urzędnicy często wykonują te same zadania co mundurowi, a zarabiają znacznie mniej.

Wyrównania wymagałyby też pensje kobiet zatrudnionych w administracji rządowej. Są one średnio o 500 zł niższe od tych, które otrzymują mężczyźni. Tak wynika z analizy kancelarii premiera.