Więcej niż połowa z nich nieprawidłowo określała systemy i rozkłady czasu pracy oraz okresy rozliczeniowe. Prawie połowa źle prowadziła ewidencję czasu pracy, a co czwarta firma łamała przepisy o dobie pracowniczej.

– W małych i średnich przedsiębiorstwach – najczęściej za zgodą pracodawcy i pracownika – nikt nie przejmuje się tymi rozwiązaniami, bo w praktyce uniemożliwiałyby one zarówno prowadzenie działalności gospodarczej, jak i zatrudnienie osób. Wszyscy wiedzą, że tam o czasie pracy decyduje praktyka, a nie ustawodawca w niezrozumiałych, rozbudowanych przepisach – mówi Witold Polkowski, ekspert Pracodawców RP.

Rząd chce tę sytuację naprawić. O tym, jaki system czasu pracy i jak długi okres rozliczeniowy obowiązuje w danej firmie, mają decydować pracodawcy i reprezentacja pracowników (patrz infografika). Wprowadzenie takich rozwiązań do kodeksu pracy zapowiedział Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej. Rząd i partnerzy społeczni negocjują obecnie szczegóły zmian.

Absurd za absurdem

Główny cel przyświecający tym rozmowom to likwidacja barier, jakie pracodawcom stawiają obecne przepisy kodeksu pracy o czasie pracy. A te dziś często prowadzą do absurdów. Np. platformy wiertnicze uznaje się za statki, dzięki czemu mogą korzystać z przepisów o pracy na morzu. W efekcie czas pracy oraz okres odpoczynku dobowego i tygodniowego mogą łatwiej dostosować do potrzeb działalności w tych szczególnych warunkach.

Zupełnie inne kłopoty z czasem pracy mają mniejsze firmy.

– Znam właściciela sklepu, który obniżył swoim pracownikom obowiązujący ich wymiar czasu pracy do 36 godz. tygodniowo, aby pracowali oni przez sześć dni w tygodniu, czyli także w sobotę, po sześć godzin. Sądził, że poszedł na rękę zatrudnionym, ale nie wiedział, że jednocześnie łamie całą listę przepisów o czasie pracy, w tym te dotyczące zapewnienia tygodniowego, nieprzerwanego odpoczynku i zasadę przeciętnie pięciodniowego tygodnia pracy – tłumaczy Witold Polkowski.

Absurdy czasu pracy dosięgają nawet sił najwyższych. Zatrudniony w parafii organista powinien mieć zapewnioną – jak każdy inny pracownik – co czwartą niedzielę wolną. Nie ma znaczenia, że w tym akurat przypadku może być to problem.

Siłę niedorzeczności najbardziej odczuwają jednak ci pracodawcy, którzy trafią na pracowników potrafiących wykorzystać przepisy o czasie pracy. Z prośbą o poradę zgłosił się do DGP pracodawca, który udzielił zatrudnionemu – na jego prośbę – dwugodzinnego zwolnienia z pracy w konkretnym dniu na załatwienie spraw osobistych. Pracownik zobowiązał się, że w tym dniu zostanie dłużej w pracy. I został, ale zażądał dodatku za pracę w godzinach nadliczbowych. Zwrócił też uwagę, że codziennie wychodzi z pracy 10 – 15 minut po czasie i nie domaga się płacenia za te nadgodziny, choć powinien. Zgodnie z przepisami ma rację, mimo że – jak podkreśla pracodawca – jego przerwy na papierosa w ciągu dnia trwają na pewno dłużej niż 15 minut.