Początek roku akademickiego to dobra okazja do zabrania głosu w debacie nad znaczeniem wyższego wykształcenia. W ostatnich latach widać dwie rozbieżne tendencje w zachowaniu firm i potencjalnych kandydatów na pracowników.
Reklama
Z jednej strony jest znaczący wzrost deklaracji pracodawców, że przestają traktować wykształcenie (średnie ocen, wyniki na uczelni) jako wyznacznik jakości kandydatów. Tak mówią zatrudnieniowe giganty, firmy o największym potencjale innowacyjnym, jak Google, Apple, EY czy Hilton. Z drugiej strony, w Hiszpanii wyższe wykształcenie stało się w tym roku głównym tematem polityki krajowej. Zaczęło się od Cristiny Cifuentes, prezydent Wspólnoty Madrytu, która została zmuszona do podania się do dymisji z powodu zarzutów o sfałszowanie dyplomu potwierdzającego jej wykształcenie. Ostatnio zaś rozgorzała dyskusja na temat wykształcenia przewodniczącego Partii Ludowej, który ubarwił swoje CV twierdząc, że ukończył Harvard. Okazało się, że był przez miesiąc na wymianie w jednym z hiszpańskich uniwersytetów, który ma podpisaną umowę o współpracę z uniwersytetem harvardzkim. Skoro wykształcenie nie ma już tak kluczowego znaczenia, to dlaczego prominentni politycy, pozostający cały czas pod obserwacją mediów, decydują się na jakże ryzykowne fałszowanie informacji o nim?
Odpowiedź może leżeć w idei sygnalizowania. Teoria opisana przez Michaela Spence’a (Harvard) w latach siedemdziesiątych wraca obecnie w dyskusji nad wykształceniem akademickim, w szczególności w pracach Bryana Caplana (George Mason University). Kluczowa w teorii sygnalizacji jest tzw. asymetria informacji między pracodawcą a kandydatem na pracownika. Kandydat zna swoją produktywność, ale może mieć trudność z udowodnieniem jej potencjalnemu pracodawcy w ciągu 15 minut rozmowy kwalifikacyjnej. Żeby zwiększyć szanse zatrudnienia, może poświęcić czas i pieniądze na wygenerowanie pięknego i błyszczącego sygnału, świadczącego o tym, że idealnie nadaje się na dane stanowisko. Najpopularniejszym sygnałem, jak twierdził Spence, jest właśnie wykształcenie. Ukończenie szkoły wyższej pokazuje, jak pracowity jest kandydat. Patrząc z tej perspektywy, absolwenci szkół wyższych otrzymują wyższą pensję nie ze względu na nowe umiejętności nabyte w czasie studiów, ale ze względu na możliwość odróżnienia ich od mniej pracowitych kandydatów (ze średnim lub podstawowym wykształceniem). Choć wyjściowo teoria została opisana z perspektywy poziomów edukacji, to ma ona również zastosowanie, gdy mowa o jakości wykształcenia. Najbardziej prestiżowe uniwersytety „produkują” lepszy sygnał niż prowincjonalne. Nie bez powodu przy nazwiskach autorów badań piszemy również nazwę uniwersytetu, z którego badacz się wywodzi – to także jest sygnał jakości: jakości ich badań.
Wróćmy do polityków. Przełożenie jest całkiem proste – ci, którzy chcą zostać wybrani, szczególnie jeśli nie mają dużego doświadczenia, mogą korzystać ze zdobytego wykształcenia jako sygnału swojego potencjału politycznego. Dyplom z Harvardu – choćby z filozofii – jest całkiem niezłą referencją na stanowisko burmistrza miasta. To, że politycy narażają się na zdemaskowanie, podając nieprawdziwe informacje o swojej edukacji, świadczy o tym, jaką siłę oddziaływania ma taki sygnał.
Pozostaje pytanie, dlaczego firmy decydują się ignorować sygnały o wyższym wykształceniu, choć dla wyborców są one tak ważne. W teorii sygnalizowania istotne jest, w jakim stopniu sygnał pozwala na rozróżnienie między sobą kandydatów. Gdyby wszyscy kandydaci mieli wyższe wykształcenie, to ta informacja przestaje być sygnałem. Ale firmy nie podążają jedynie za teoretycznymi ramami sygnalizowania. Dział HR Google’a przetestował, czy sygnał w postaci średniej ocen faktycznie przekłada się na jakość zatrudnionego pracownika. Nie udało im się jednak znaleźć żadnej statystycznie istotnej zależności między ocenami pracownika z czasów studiów a produktywnością i rozwojem kariery w firmie. Dział HR podkreślił istotną kwestię: reguły i warunki, które zapewniają sukces na uczelniach, niekoniecznie są tożsame z regułami panującymi w życiu zawodowym.
Czy to wszystko sugerowałoby, że należy zrezygnować ze studiów? Nie, a przynajmniej – na razie nie. Nawet najwięksi entuzjaści teorii sygnalizowania potwierdzą, że wykształcenie to nie tylko sygnał, ale również sposób podnoszenia produktywności. Badania z całego świata pokazują, że dodatkowe lata nauki wiążą się z różnego rodzaju pozytywnymi efektami: wyższe wykształcenie przekłada się na wyższe zarobki (o ok. 17 proc. zdaniem Montenegro i Pastrino), osoby z dyplomem ukończenia studiów wzbudzają większe zaufanie w społeczeństwie i częściej wykazują postawy prospołeczne i obywatelskie (Huan, van der Brink and Groot, University of Amsterdam). Nawet jeśli wyższe wykształcenie nie jest już tak znaczącym sygnałem pozytywnym (w Polsce 50 proc. każdego rocznika maturzystów idzie na studia, zdecydowana większość z nich uzyskuje dyplom), to jego brak może mieć wyraźne negatywne konsekwencje – jedyny kandydat z wykształceniem tylko średnim jest pierwszy do odrzucenia.