Chcemy uniknąć zjawiska fałszywego motywowania zatrudnionych – firma obiecuje jakieś regularne świadczenia, które de facto są uznaniowe i w rezultacie pracodawca jak władca absolutny decyduje o tym, czy podwładni dostaną pieniądze, czy też nie. Kryteria premiowania mają być policzalne i osiągalne - mówi w wywiadzie dla DGP profesor Arkadiusz Sobczyk.
Trwają prace nad projektem nowego kodeksu pracy. W zakresie wynagrodzeń ma on przewidywać m.in. zmianę dotyczącą uznaniowych składników pensji. Czym jest ona uzasadniona?
Często nie jest dostrzegana sprawa fundamentalna w tej kwestii, czyli to, że kodeks pracy posługuje się pojęciem wynagrodzeń i świadczeń. Mamy więc wynagrodzenia za pracę i świadczenia związane ze stosunkiem pracy – np. chorobowe, odprawę. Z tego wynika, że świadczenia nie są wynagrodzeniem, bo nie przysługują za pracę. Jednocześnie od lat problemy wywołują bonusy, czyli składniki często uznaniowe, np. tzw. premia uznaniowa, którą klasyfikuje się jako nagrodę, choć nią nie jest, bo nagroda – w przeciwieństwie do premii – jest zdefiniowana w art. 105 k.p. Zgodnie z nim przysługuje ona indywidualnie i ma na celu promowanie nadzwyczajnych osiągnięć pracownika. Tymczasem premie uznaniowe, świadczenia solidarnościowe lub lojalnościowe nie są wypłacane za pracę. Czasem są formą podziału sukcesów firmy, czasem rekompensują inne zachowania pracownika niż świadczenie pracy. To nie jest ani wynagrodzenie, bo ono należy się za wykonaną pracę, ani świadczenie o celach społecznych. Trzeba to zjawisko zdefiniować i uporządkować.