Mowa w tytule o ogólnym dyskursie prawniczym. Kilkadziesiąt lat temu toczył się znacznie wolniej, między fachowcami, w mediach drukowanych, na łamach wyspecjalizowanych czasopism. Przy powszechnie dostępnej komunikacji elektronicznej dyskurs przyspieszył i się zdemokratyzował. Niby komplement – ale dwuznaczny. Wiedza o prawie trafia wprawdzie pod strzechy, lecz zarazem jej publicystyczna, nieweryfikowana powierzchowność wypiera dawną, nobliwą etykietę opinii kształtowanej w akademickich sporach. Naznaczony polityką i poszukiwaniem rozgłosu dyskurs chłonie dyletanctwo i interesowną manipulację. Bywa aż nazbyt często „politycznym złotem” i narzędziem władzy pieniądza. W sposób równie oczywisty, co negatywny, przenika w tej postaci do prawników praktykantów, których świadomość zawodową powinna kształtować zweryfikowana wiedza fachowa i solidna dogmatyka prawa, a nie to, co hałaśliwie i sensacyjnie głoszą gazety i media społecznościowe.
Zanim się coś napisze, warto przestudiować niuanse tego, co mówi Komisja Wenecka
Konia z rzędem temu, kto potrafi wytłumaczyć (dziennikarzom i szerokiej publiczności, na polityków macham ręką), że jednak istnieje różnica między „pomijalnością” jakiegoś aktu czy wyroku (w konkretnych sprawach) a jego „nieistnieniem” – dla wszystkich, zawsze i w każdym postępowaniu. Bulwersujące giżyckie orzeczenie o rozwodzie nigdy by nie zapadło, gdyby sąd rejonowy był bieglejszy dogmatycznie i zbyt łatwowiernie nie szedł za mediami, przypisując programowi „przywracania praworządności” rzekomą konieczność. Wtedy sąd odczytałby ze zrozumieniem odpowiedź TSUE (4 września 2025 r., C-225/22). Ale przecież nawet Sąd Najwyższy, skądinąd trafnie orzekając po tej dacie (24 września 2025 r., Uchwała 7), nie zachował koniecznej dyscypliny terminologicznej.
Wytrawny skądinąd dziennikarz („Rzeczpospolita” – „Plus Minus” wydanie z 28 lutego), piszący z autentyczną troską o realnym problemie chaosu w sądach i nawet trafnie definiując część przyczyn, buduje argumentację na własnym odczytywaniu mechanizmu oddziaływania ETPC i TSUE na sądy i wyroki krajowe; nie zna faktografii dotyczącej rozproszonej kontroli konstytucyjności przez sądy (znów konfuzja pomijalności „w sprawie” i dekonstytucjonalizacji w systemie prawa); i mniema, że „w żadnym orzeczeniu międzynarodowe trybunały nie podważyły statusu wszystkich sędziów powołanych po 2018 r., ani tym bardziej ich wyroków”. Podważyły, i to nie raz. Przedstawiły bowiem (wielokrotnie) i uargumentowały pogląd, że sądy złożone z takich sędziów – nie odpowiadają kryteriom niezależnego sądu i niezawisłego sędziego. I to wyczerpuje „podważeniową” kompetencję sądów międzynarodowych. Co dalej, to już organy krajowe. Świeżutka sprawa Simoncini przeciwko San Marino (wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z 19 lutego 2026 r.), powołana jako argument krytyczny wobec polskich projektowanych rozwiązań sanacyjnych, w ogóle nie dotyczy – jak pisze dziennikarz – „hurtowego usuwania sędziów”, lecz obowiązku zapewnienia przez państwo indywidualnemu sędziemu, wadliwie powołanemu, rzetelnego prawa do sądu, przy czym są tu możliwe różne rozwiązania. Tak się składa, że akurat 27 lutego pojawiła się kolejna opinia Komisji Weneckiej i Dyrekcji Generalnej Praw Człowieka i Rządów Prawa Rady Europy (DGI) o projekcie uregulowania sytuacji sędziów powołanych po 2018 r. Warto byłoby „przestudiować niuanse” tego, co mówi Komisja – ciało jednak fachowe – aby skorygować medialne defetystyczne przedstawienie faktów.
Ciekawe, czy komukolwiek w nierychliwych służbach prasowych resortu sprawiedliwości przyjdzie do głowy prostować grube nieścisłości publicystycznego przekazu co do tego, co zawiera plan sanacyjny ministerstwa i jego poszczególne ustawowe pozycje. A przecież zaniechanie tego ministerialnego obowiązku ma swój udział w sukcesie lub fiasku strategii naprawczej.
Sejm to nie notariusz i niczego nie przyklepuje
Słowa, terminologia, konstrukcje mają znaczenie w dyskursie prawniczym. Uchwały Sejmu można użyć w celu modelowania sposobu realizacji kompetencji parlamentu. Nie będzie to łamanie prawa, choć oczywiście będzie to przejaw przewagi politycznej w parlamencie. Uchwała nie może jednak do niczego zmuszać tych, którzy zechcą głosować inaczej. A Sejm, głosując – prawnie – wykonuje własne funkcje kreacyjne. Nie bywa notariuszem ani niczego nie przyklepuje. Czym się kieruje, głosując – to inna sprawa. A znane wady obowiązującej ustawy miały szanse zniknąć – gdyby nie zawetowano zmiany legislacyjnej.
Natomiast świadomość zawodową prawników praktykantów powinna kształtować zweryfikowana wiedza fachowa i dogmatyka prawa, a nie to, co głoszą gazety i media społecznościowe. I nie zawsze poszukiwanie „politycznego złota” w wiedzy o prawie bywa opłacalne na dłuższą metę. ©℗