Trzy prezydenckie „nie”: odmowa powołania sędziów, którzy pomyślnie przeszli przez procedurę weryfikacyjną; odmowa zaprzysiężenia wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego; odmowa mianowania profesorów po wieloszczeblowych procedurach kwalifikacyjnych. Komunikaty od prezydenckiego otoczenia mają przekonać, że każde z tych „nie” jest konsekwencją „prerogatywy”, gdzie prezydent może robić, co chce i kiedy chce. I to niezależnie od tego, czy procedury poprzedzające prezydencki podpis były bez zarzutu, czy też miały wady. Tymczasem i samo pojęcie „prerogatywy” nie jest tak jednolite, jak chciałaby kancelaria prezydenta, i w każdym z tych „nie” prezydent działa na jakościowo odmiennej podstawie prawnej. A wreszcie, w każdym z tych wypadków inaczej wyglądają możliwości oponowania przeciw arbitralności odmowy – bo wbrew sugestiom jest to możliwe na drodze prawnej.

Czym są prerogatywy prezydenta?

Trzeba zatem powtarzać (do znudzenia), że prezydencka „prerogatywa” (art. 144 ust. 3 Konstytucji) to 30 sytuacji, gdy akty prezydenta nie muszą być kontrasygnowane przez premiera. Spośród trzech „nie” wskazanych na wstępie tylko powoływanie sędziów jest prerogatywą, co oznacza, że do ich powołania nie potrzeba podpisu premiera. Ale to ani nie znaczy, że można bez końca takie kandydatury trzymać w prezydenckiej zamrażarce; że postępowanie kwalifikacyjne przed Krajową Radą Sądownictwa nic nie znaczy; że prezydent może wedle własnego upodobania i woli mianować sędziów; i – najważniejsze – że tego typu zaniechanie ex definitione jest pozbawione jakiejkolwiek kontroli. Owszem, tak właśnie kształtuje się praktyka orzecznicza Naczelnego Sądu Administracyjnego. Ale po pierwsze, i w tej praktyce niektóre akty prezydenta jako „decyzje w znaczeniu funkcjonalnym” podlegają kontroli sądowej. A po drugie, nie brak głosów, że nawet jeśli odmowę samego mianowania sędziego uznałoby się za akt niepodlegający kontroli NSA (co wcale nie jest oczywiste), to jednak swoje wątpliwości prezydent powinien przedstawić KRS, a nie decydować samodzielnie albo miesiącami nic nie robić.

Zaprzysiężenie sędziów TK w obecności prezydenta nie jest kompetencją (ani tym bardziej prerogatywą) konstytucyjną. A sposób wykonania tej ustawowej kompetencji jest regulowany utrwalonym zwyczajem. Stąd różne propozycje zmian, w tym pomysł z odebraniem przysięgi z udziałem notariusza. Jest to kalka działania zastępczego, kiedy zobowiązana do czegoś krnąbrna strona umowy cywilnoprawnej, nie chce tego zrobić. Ale prezydent nie jest krnąbrną stroną, jest organem politycznym władzy. Dlatego sądzę, że lepszym pomysłem byłoby, aby to Zgromadzenie Narodowe odebrało przysięgę na wypadek „nie” prezydenta. Wystarczy uchwała jednej i drugiej izby, a potem ślubowanie przed ZN. Taki tryb nigdzie nie jest ustawowo wskazany. To każda z izb parlamentu musiałaby podjąć stosowną uchwałę. Wedle mnie taki pomysł lepiej mieści się w logice podziału władz, niż wysyłanie treści ślubowania pocztą, udział notariusza albo nawet próby angażowania w to Sejmu (który kandydatów wybrał) czy SN, który – jak i Trybunał – jest częścią trzeciej władzy.

Casus prof. UW Michała Bilewicza

Wreszcie, trzecie „nie” – odmowa mianowania profesora. To niedawny casus prof. UW Michała Bilewicza. Tu także nie mamy do czynienia z prerogatywą, lecz z ustawową kompetencją prezydenta, ostatnim ogniwem wieloetapowego postępowania z kilkakrotnym recenzowaniem dorobku i dojrzałości kandydata. Postępowanie awansowe w nauce odróżnia się od innych postępowań administracyjnych ograniczeniem swobody czynnika urzędowego na rzecz eksperckich opinii o dorobku i dojrzałości kandydata. Tymczasem w naszym wypadku to właśnie negatywna ocena dorobku i sylwetki ze strony prezydenta Dudy (wypowiedź z 25 maja 2025 r. w Kanale Zero) powoduje spoczywanie sprawy w „zamrażarce” od sześciu lat. I to mimo pomyślnego przebiegu procedury awansowej, pozytywnych recenzji i wniosku awansowego, a nawet korzystnego dla prof. Bilewicza wyroku (WSA II SAB 10/22 utrzymanego przez NSA) stwierdzającego bezczynność i zobowiązującego końcowe ogniwo procedury do reakcji.

Skoro nadal nic się nie dzieje, czas przypomnieć art. 154 prawa o postępowaniu przed sądami administracyjnymi. Niezastosowanie się do wyroku uwzględniającego skargę na bezczynność daje prof. Bilewiczowi środek prawny. Mógłby wnieść nową skargę, po uprzednim wezwaniu do wykonania wyroku. Przedmiotem skargi byłoby żądanie wymierzenia grzywny. Tego przepisu już używano – skutecznie – wobec ministrów. Wobec prezydenta (i jego kancelarii) chyba nie. Nie zawadzi jednak spróbować w praktyce przetestować podział władz. I gotowość sądu do przeprowadzenia tego testowania.