„Norymberga” to bardzo dobry film, wart polecenia, zwłaszcza prawnikom. Mówi nie tyle o samym przebiegu znanego procesu, lecz raczej o jego tle i postawach ludzi decydujących o jego odbyciu i kształcie. Wszak nie brakło głosów, że to po wojnie w ogóle zbędna ceregiela. W jednej z pierwszych scen amerykański prokurator Robert H. Jackson przekonuje, że należyty proces „nie służy wyłącznie korzyści oskarżonego. Jest on najlepszym ubezpieczeniem dla samego rządu przed tymi błędami, które pozostawiają trwałe plamy na systemie sprawiedliwości”. To ten sam długoletni sędzia Sądu Najwyższego – bogatszy o doświadczenie z Norymbergi, gdzie musiał stawić czoła systemowemu bezprawiu ubranemu w kostium prawa – wsławił się później pochwałą proceduralnej uczciwości. „Surowe prawa materialne można ścierpieć, jeśli są uczciwie i bezstronnie stosowane. W istocie, gdybyśmy mieli wybierać, wolelibyśmy żyć pod rządami sowieckiego prawa materialnego, stosowanego w dobrej wierze przez nasze procedury common law, niż pod rządami naszego prawa materialnego, egzekwowanego przez sowieckie praktyki proceduralne” (cytat ze sprawy Shaughnessy v. United States ex rel. Mezei, 1953).
Ostateczność wyroku a pewność prawa – lekcja z Jacksona i Radbrucha
W innej sprawie (Brown v. Allen, 1953) Jackson zasłynął czymś, co z pozoru tylko jest ironicznym aforyzmem: „nie jesteśmy ostateczni, ponieważ jesteśmy nieomylni, lecz jesteśmy nieomylni tylko dlatego, że jesteśmy ostateczni”. To nie wyraz kastowej pychy. Pragmatyczny fatalizm odbiera tu sędziom aurę sakralną. To przypomnienie, że sędziowie orzekający „ostatecznie” – jak w tym wypadku w SN – nie posiadają intelektualnej wyższości, bo „nieomylność” nie jest cechą opisową, lecz skutkiem statusu. Sąd „ma rację”, bo nikt nie może go poprawić.
Wedle Gustava Radbrucha system prawny ma dążyć do trzech celów: sprawiedliwości, dobra wspólnego i pewności prawa. Sędzia Jackson w Brown v. Allen eksponuje pewność prawa, która wymaga, aby prawo było nie tylko „autorytatywnie ustanowione”, ale i „jasne ponad wszelką wątpliwość” w swoim rozstrzygnięciu. Jeśli jednak każda decyzja jest tymczasowa i podlega ciągłej rewizji przez kolejne szczeble hierarchii (zwłaszcza niepewnej, bo rozproszonej) – pewność prawa znika. A z nią rozmywa się nie tylko autorytet trzeciej władzy, ale już sama jej legitymizacja w społeczeństwie.
TSUE, SN i giżycki rozwód: kiedy wyrok może być uznany za niebyły?
Niedawno w sprawie o podział majątku, dwa lata po rozwodzie orzeczonym przez sędziego powołanego z udziałem niekonstytucyjnej KRS, sąd, odmawiając podziału majątku, motywował to „nieistnieniem” wyroku rozwodowego. Nie uważam, aby wyroki z wadliwą obsadą sądu były niewadliwe. Są i niekiedy powinny być podważalne. Ale wadliwa obsada – kwestia tak boleśnie obecna w naszym kryzysie wymiaru sprawiedliwości – nie powinna opierać się o konstrukcję „nieistnienia” orzeczenia. Ta bowiem nieuchronnie prowadzi do tego, co zademonstrował wyrok z Giżycka: znika ostateczność wyroku i otwiera się bezterminowa niepewność wyroków ostatecznych tylko pozornie. Czyli tego, przed czym przestrzegali i Jackson, i Radbruch: gdy każda decyzja sądu staje się tymczasowa i podlega ciągłej rewizji przez kolejne szczeble hierarchii, pewność prawa znika, a z nią legitymizacja społeczna sądów.
Przy czym wyrok z Giżycka był wedle mnie błędny (mam nadzieję, że strony się od niego odwołają). Bo nieprawda, że TSUE w wyroku C-225/22 z 4 września 2025 r. dopuścił dla wszystkich sądów możliwość powoływania się na konstrukcję nieistnienia orzeczeń w sądzie źle obsadzonym. TSUE był ostrożny i mówił o „uznaniu wyroku za niebyły”. I – co najważniejsze – orzekał w sprawie niezakończonej, toczącej się po wyroku sądu, który skierował ją do ponownego rozpoznania. Czyli idzie o wyrok „niebyły” dla potrzeb tego konkretnego, niezakończonego postępowania. To zasadniczo inna konfiguracja niż na tle wyroku giżyckiego, gdzie sąd tak potraktował prejudykat.
Dalsze rozdziały tej polemiki dopisuje czas. W SN była to uchwała (7) III PZP 1/25 z 24 września 2025 r., zgodna z kierunkiem wyznaczonym przez TSUE. Nastąpiła po niej uchwała Izb Połączonych z 3 grudnia 2025 r., I NZP 7/25, już z impetem atakująca nie tylko wspomnianą „siódemkę”, ale i w ogóle dopuszczalność i potrzebę honorowania wyroków i wskazówek TSUE. Bieda, że w tej orzeczniczej polemice daleko nie tylko do ostrożności i precyzji pojęciowej TSUE, ale i do identyfikacji celów własnej polemiki oraz proporcji zastosowanych środków.
W polskim sporze o racje, ostateczność rozstrzygnięć ustawicznie ulega rozmyciu; dowodem jest nie tylko trwający kryzys orzeczniczy w SN, ale i sprawa giżycka. W swoim czasie, niestety, „nie przyjęła się” w praktyce Uchwała Trzech Izb z 23 stycznia 2020 r. (BSA I-4110-1/20), gdzie usiłowano przyhamować lawinę orzeczeń pozbawionych ostateczności, różnicując skutki ich wadliwości w zależności od tego, czy zapadły w SN, czy przed innymi sądami. Ponieważ jednak zawsze chodziło o taką samą przyczynę wadliwości, koncepcję odrzucono. Paradoks Jacksona środowisko odczytało w duchu kastowej pychy, a nie pragmatycznego fatalizmu – czym jest w istocie. Ten sam błąd popełniają obecnie zwolennicy wyroków „nieistniejących”, o czym przekonuje nas giżycki rozwód.