Żaden nowy blok w Poznaniu nie powstanie, jeżeli inwestor będzie chciał postawić go dalej niż 750 m od przedszkola, podstawówki lub zielonego terenu wypoczynku,sportu i rekreacji – podkreślali radni stolicy Wielkopolski, gdy przegłosowywali drugie w Polsce Lokalne Standardy Urbanistyczne (LSU).
Reklama
To oddolna odpowiedź samorządów na specustawę mieszkaniową – pejoratywnie przechrzczoną przez jej przeciwników na lex deweloper – i kolejny taki protest przeciwko liberalizacji rynku nieruchomości.
Poznaniacy jako drudzy po radnych Warszawy zaostrzyli tym sposobem wymogi stawiane deweloperom, którym obowiązujące od końca sierpnia nowe prawo otworzyło furtkę do inwestowania na nieprzygotowanych do tego terenach. Jak tłumaczą radni, wprowadzenie bardziej rygorystycznych wymagań może pozwolić uratować stolicę Wielkopolski przed niekontrolowanym rozlewem zabudowy tam, gdzie grunty są tańsze.
To nie koniec, bo jak informuje nas tamtejszy magistrat, LSU ogranicza też liczbę kondygnacji naziemnych do 7 (w sejmowej ustawie jest ich aż 14). Co prawda nie oznacza to, że wyższe budynki nie powstaną. Radni obarczyli to jednak kolejnymi warunkami. Zgodnie z wymogami specustawy wyższe budynki można bowiem stawiać, gdy w pobliżu planowej inwestycji już stoją wysokie bloki. Przy czym „w pobliżu” oznacza według ustawy 500 m. Radni Poznania skorzystali jednak z prawnej możliwości i skrócili ten dystans o połowę.

Reklama
Tak samo zrobili zresztą z odległością do najbliższych przystanków komunikacji miejskiej. Lex deweloper pozwala bowiem, by były one odległe nawet o 0,5 km od nowych osiedli. Poznańska uchwała ogranicza ten dystans do 250 m.
Oprócz tych wymogów radni postanowili zobowiązać deweloperów do podłączenia sieci ciepłowniczej do nowo powstających inwestycji (specustawa tego nie wymusza), a także do tego, by na każdy lokal mieszkalny w zabudowie wielorodzinnej przypadały dwa miejsca parkingowe.
Jak się okazuje, lokalna władza nie ma skrupułów w dokręcaniu śruby inwestorom, którą rząd wcześniej poluzował, by tchnąć nowe życie w Mieszkanie Plus. Po takie środki sięgnęły już Warszawa, a nad podobnymi rozwiązaniami pracują też Kraków i Łódź.
Swojego sprzeciwu wobec nowych regulacji, które wiążą lokalnym planistom ręce i otwierają wiele furtek prywatnym firmom – od samego początku prac nad nowymi regulacjami – nie kryją też włodarze Gdańska. W ostatnią środę na sesji rady miasta również przyjęli lokalne standardy urbanizacyjne.
Podobnie jak radni Poznania zdecydowali się wprowadzić ograniczenia do 7 kondygnacji w strefie śródmiejskiej. Edyta Damszel-Turek, dyrektor Biura Rozwoju Gdańska, nie kryje, że to właśnie zapis dotyczący wysokości budynków jest najważniejszy dla zachowania ładu przestrzennego w mieście. – W obowiązującej ustawie jest możliwość realizacji budynków od 7 do 21 kondygnacji. My ograniczyliśmy tę wysokość do 40 m – wyjaśnia.
Samorządowcy nie mają jednak złudzeń – zakusów branży nie powstrzymają i mogą tylko ograniczyć straty. Rządzący wyważyli specustawą tak wiele drzwi, że najlepsze nawet ograniczenia nie pozwolą im w pełni zapanować nad przewidywanym rozlewem zabudowy m.in. na terenach poprzemysłowych. Mogą tylko zahamować rozwój choroby – mówią.
− Ta uchwała to taki listek figowy. Gmina dostała pewną możliwość i podjęliśmy rękawicę. Natomiast nie jesteśmy w stanie zablokować danej inwestycji − nie kryje Edyta Damszel-Turek.
Przypomnijmy, że regulacje, które pozwalają inwestować na terenach do tego nieprzeznaczonych, wbrew postanowieniom miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego, miały usprawnić proces budowlany, ograniczyć procedury i przyśpieszyć powstawanie mieszkań. Spotkały się jednak ze sprzeciwem urbanistów, architektów i samorządowców, którzy nie kryli, że najlepiej byłoby, gdyby projekt ustawy trafił do kosza.