To mniej w porównaniu z poprzednim kwartałem, gdy dynamika wynosiła ok. 18 proc. Na dodatek przedsiębiorcy wydawali pieniądze na maszyny i urządzenia. Inwestycje tego typu wzrosły w IV kwartale o 18,1 proc. w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku. Inwestycje w budynki wzrosły zaledwie o 3,7 proc. To oznacza, że firmy inwestują tylko wtedy, gdy muszą. – Dynamika inwestycji w poprzednich dwóch latach była bardzo słaba, a park maszynowy trzeba odnawiać – mówi Tomasz Kaczor, ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego.

I nie należy oczekiwać dużego inwestycyjnego przyspieszenia w kolejnych miesiącach. Po pierwsze, sami przedsiębiorcy zapowiadają to w kolejnych badaniach koniunktury. Po drugie, otoczenie gospodarcze nie sprzyja podejmowaniu decyzji o wydatkach inwestycyjnych – nie wiadomo, czy popyt na rynku europejskim się nie załamie, więc zwiększanie mocy produkcyjnych nie ma sensu. Po trzecie, na inwestycyjne hamowanie wskazują już pierwsze twarde dane, np. słaby wzrost wartości kredytów inwestycyjnych na początku roku. W lutym kredyty na inwestycje firm były warte 78,8 mld zł, o 218 mln zł mniej niż miesiąc wcześniej. Po imponującej dynamice z poprzedniego roku, gdy kredyty wzrastały nawet o 6 mld zł miesięcznie (w październiku), wynik w lutym jest naprawdę słaby. Ekonomiści uważają, że dynamika inwestycji w tym roku może wynieść 4 – 5 proc. – Inwestycje będą jeszcze dość wysokie w I i II kwartale, co ma związek z Euro 2012, bo pewne rzeczy trzeba skończyć przed turniejem. W drugiej połowie roku czeka nas wyraźne spowolnienie – mówi Tomasz Kaczor. Z kolei Adam Czerniak, ekonomista Kredyt Banku, dodaje, że jeśli firmy będą inwestować, to nadal będą to inwestycje odtworzeniowe: kupowanie maszyn i urządzeń, a nie budowa nowych fabryk.

Nasi rozmówcy nie wierzą, że przedsiębiorcy szykują nowe projekty i już wydają na to pieniądze. Choć mógłby na to wskazywać spadek depozytów firm (większość inwestycji przedsiębiorstw finansowana jest z własnych środków). Według Adama Czerniaka spadek depozytów to zjawisko sezonowe. – Depozyty firm spadły, za to wzrosły depozyty osób prywatnych. Najprawdopodobniej ma to związek z wypłatą premii na początku roku. Wypłacając premie w styczniu, firmy uciekły przed podwyżką składki rentowej – mówi Kaczor z BGK.

Firmy nie mają powodu, aby trzymać pieniądze w bankach

Jedno jest pewne – banki nie zamierzają walczyć o depozyty korporacyjne, więc powodów, by trzymać w nich pieniądze, firmy będą miały coraz mniej. Według Mirosława Winiarczyka, szefa departamentu skarbu Raiffeisen Banku, czas wojny depozytowej w tej części rynku się skończył. – Gdy w sektorze bankowym jest nadpłynność krótkoterminowa, to nie ma dużej presji, żeby cenowo konkurować w segmencie depozytów korporacyjnych – mówi. Depozyty tego typu z zasady są mniej stabilne i z punktu widzenia banku nie mogą być traktowane jako długoterminowe finansowanie dla kredytów. Rolę takiej bazy odgrywają depozyty detaliczne i w tym segmencie banki między sobą konkurują. Dowodem na mniejsze zainteresowanie banków segmentem korporacyjnym jest spadek marż, jakie oferują swoim klientom. – Jeszcze dwa lata temu, w czasach nagłego odcięcia finansowania na rynku międzybankowym, banki oferowały oprocentowanie w tym segmencie na 200 pkt bazowych ponad WIBOR, a dziś depozyty te często są oprocentowane na poziomie samego WIBOR-u – mówi Mirosław Winiarczyk. Ale jeśli nawet firmy nie będą miały mocnych powodów, by trzymać pieniądze w bankach, to nie znaczy, że będą je inwestować. – Jeśli nie będzie jasnych planów inwestycyjnych, a nie widzę dobrej przyszłości dla inwestycji, to może się pojawić presja, by wypłacić je akcjonariuszom. Na przykład w formie dywidend – mówi Tomasz Kaczor.

Bo z punktu widzenia właściciela firmy utrzymywanie przez nią gotówki na bankowych lokatach jest nieracjonalne – lepiej, by znalazły się na jego osobistym koncie.